Jakbym o sobie czytał ... Jeszcze ten wątek z chorobą, wszystko identycznie. Nie jest może to jakaś groźna dla życia choroba czy jakaś psychiczna, jednak strasznie źle wpływająca na samoocenę, nasilająca się co jakiś czas i zabijająca pewność siebie. Przyznaję, że i mi przydałoby się coś pod ten deseń, może nie tyle piosenki co filmy, coś w tym stylu. "Eye of the Tiger" jakoś do mnie nie trafia, nie motywuje mnie. Te pozycje które podał "Niedoskonały" ciekawe, ale te w języku polskim również do mnie nie trafiają. Wolę takie w języku angielskim, najlepiej z lektorem, takie są w stanie dać kopa, właśnie dlatego lepsze wydają mi się w tym wypadku filmy. Te co podał Stefan, mogą być interesujące.
Co do mojej sytuacji to moim najgorszym problemem jest kompletny brak wsparcia. Jestem człowiekiem nieśmiałym, który od lat walczy ze swoją ohydną cechą charakteru (nie jest mi z nią dobrze, kiedyś byłem inny, choć też duszą towarzystwa nigdy nie byłem-wszystko zaczęło się jednak pod koniec gimnazjum, kiedy to ze względu właśnie na swoją nieśmiałość, nadmierną grzeczność i małomówność byłem wyszydzany i choć udawałem, że po mnie to spływało, strasznie to przeżyłem). Brak wsparcia, dziewczyny ... To też niesamowicie mnie dołuje. W szydzeniu w gimnazjum przodowały także dziewczyny, stąd trochę byłem do nich sparzony. W szkole średniej było lepiej, nawiązałem znajomości, miałem nawet krótszą bliższą relację z pewną koleżanką, jednak było to tylko zauroczenie. Na studiach mam wrażenie, że zmarnowałem niesamowitą szansę. Miałem okazję mieć kobietę-anioła, ale przez swoją niepewność siebie, swoje durne przekonania wbijane od dzieciństwa, niefrasobliwość, głupie rady nieodpowiednich ludzi i otaczających mnie kolegów-bluszczów, straciłem życiową szansę na rzecz ... wspólnego znajomka. To ogólnie dość długa, dziwna i skomplikowana historia i nie wiem czy jest sens ją w ogóle przybliżać, w każdym razie mam do siebie straszne pretensje (ogólnie jestem wobec siebie bardzo krytyczny) i do tej pory ciężko mi jest się pozbierać. Tym bardziej że już to nie chodziło o to, że ja miałbym ją, że byłaby dla mnie wsparciem, że popis przed kolegami jak niektórzy dziwni ludzie mają w zwyczaju itd. ale najzwyczajniej w świecie nie dość że mi się podobała to jeszcze ją szczerze lubiłem, zawsze miło się rozmawiało, miałem wrażenie że ona mnie też, ale od tej pory gdy związała się z kumplem całkowicie zerwała znajomość, zaczęła olewać itp. W sumie to normalne, ale parokrotnie potrafiła się zachować bardzo arogancko (mieliśmy jeszcze później styczność przez krótki czas) i dać do zrozumienia, że jestem kimś gorszym - demony z gimnazjum wróciły. Sam mam jakichś tam kumpli, ale może to głupio zabrzmi - mam trochę już dosyć męskiego towarzystwa. Z drugiej jednak strony mam wrażenie, że jak przez tyle lat nie udało mi się stworzyć dłuższego związku, to teraz może być już bardzo ciężko. Pracuję nad tym, aby pogodzić się z samotnością i być wsparciem samym dla siebie. Nie jest łatwo, presja otoczenia robi swoje ....