W moim domu pojawił się poważny problem, a stwarza go moja własna, rodzona matka.
Mieszkaliśmy sobie szczęśliwie z mężem na drugim końcu Polski, moją rodzinę odwiedzaliśmy od święta - wówczas było wszystko pięknie. Mąż od początku miał zatarcia z moją mamą, ale jest to chyba dość częsta sytuacja - w końcu skądś powstały kawały o teściowych. Potem jednak spotkało nas nieszczęście. Poważny wypadek samochodowy - z dachowaniem. Samochód do kasacji, ja w szpitalu, mąż na szczęście cały. Dziecko - wówczas niecałe cztery lata - spędzało akurat ferie u babci. Potem wszystko posypało się kaskadowo. Zarabialiśmy na życie głównie dzięki samochodowi. Auto jednak nie posiadało ubezpieczenia AC, mi z OC wypłacono z łaski 1000 złotych - mężowi, jako sprawcy wypadku, niczego. Sytuacja materialna z dobrej zaczęła wyglądać na opłakaną. Pożyczyliśmy trochę gotówki od rodziny - było na tyle, żeby przeżyć. Mama zaproponowała, żebyśmy zostawili u niej dziecko dopóki wszystko się nie ułoży. Po wyjściu ze szpitala dostałam ofertę pracy w Stolicy za nieco większą kwotę, postanowiłam z niej skorzystać, odłożyć, wszystko odbudować. Rzeczywistość okazała się jednak wcale nie taka piękna, bo utrzymanie w Warszawie kosztuje krocie, a praca była niejednokrotnie po 12 godzin na dobę. Dziecko ciągle było u babci, a ja albo mąż podróżowaliśmy przez Polskę, kiedy się tylko dało. Po pół roku takiego stanu rzeczy zwyczajnie się poddałam - wróciłam do rodzinnego domu, żeby być z małą i… okazało się, że już nie jestem jej mamą, tą rolę przejęła babcia. Jako osoba niepełnosprawna rzeczywiście nie mogę wykonywać 100% czynności przy dziecku, zazwyczaj jednak ktoś mi po prostu pomagałam i nikt nie myślał o tym, żeby zabrać mi dziecko. Doszło jednak do tego, że mimo dużej ilości miejsca w domu moja córka śpi w pokoju babci (trwa to już niemal dwa lata, mimo że mieszkamy w tym samym domu). O niczym nie decyduję. Z mężem przez całą tą sytuację jesteśmy w separacji - on sprawę rozwiązał w ten sposób, że przyjeżdża po córkę kilka razy do roku, zabiera ją do swoich rodziców i odwozi z powrotem, kiedy mu akurat wygodnie. Z moją rodziną stara się w ogóle nie utrzymywać kontaktu.
Ja sama nie potrafię rozwiązać tej sytuacji. Nie potrafię się postawić własnej matce. Wszystko było już na dobrej drodze, ciocia pomogła mi zorganizować córce własny pokój… mała jest w tej chwili u taty. Miała mieć niespodziankę jak przyjedzie. Nie. Moja mama stwierdziła, że dziecko jest za małe, żeby spać samo (idzie w tym roku do szkoły, pokój miałaby przylegający do mojego, w każdej chwili mogłaby przyjść lub zawołać - nie wspominając już o tym, że o mieszkaniu w moim pokoju nie ma mowy, argumentów usłyszałam sporo). Najlepszą i najłatwiejszą metodą byłoby się wyprowadzić, tylko jak i za co? Finansowo jestem w tym momencie bardzo zależna od rodziny. To małe miasteczko, nie ma w nim pracy dla osoby z moją niepełnosprawnością. Dorabiam zleceniami, ale jest to śmieszna kwota, która z ledwością starcza na codzienne wydatki. Z pewnością nie utrzymam za nią mieszkania, siebie i dziecka. Naprawdę już nie wiem co robić, bo małej ponownie nie zostawię, nawet z myślą, że „za pół roku byłoby lepiej”. To był największy błąd jaki popełniłam w życiu.