Dzień dobry wszystkim,
Jestem tutaj nowa, nawet nie wiem czy wybrałam dobre forum ale od kilku dni mało rzeczy robię kontrolowanie ....
Zacznę od tego że właśnie zakończył się mój 3,5 letni związek. Nigdy nie sądziłam że to napiszę ale ale tak się stało.
Na początku wiadomo było cudownie. Żadnych problemów, sielankowo.
Zaznaczę że ja mam obecnie 32 lata, mój eks 35. Więc już sporo mamy na liczniku.
Mój eks miał w życie nie lekko, jego ojciec zmarł jak miał 16 lat. Mieszka z mmą babcią i młodszym bratem. To wszystko spowodowało że musiał dorosnąć z dnia na dzień i stać się niejako głową rodziny.
Zanim mnie poznał był w dwuletnim związku. Nie wiem do końca co się tam sało ale jak dziś to analizuję to chyba tamta dziewczyna chciała się usamodzielnić, założyć z nim rodzinę tid. On widocznie nie chciał.
Później poznał mnie. Był dla mnie dobry, nieba by mi przychylił. Wydawał mi się naprawdę mądrym i uczciwym człowiekiem. Na początku bardzo mi się w nim podobało to że jest taki zaradny, odpowiedzialny.
Z upływem czasu zaczęłam dostrzegać tego wady.
Jesteśmy młodzi, powinniśmy sie cieszyć życiem, mogliśmy wyjeżdzać, spędzać razem mnóstwo czasu, oboje pracujemy, skoro nie mamy rodziny i dzieci, nic tak naprawdę nas nie wiąże.
Po 3,5 roku spędzamy ze sobą mniej więcej kilka godzin w tygodniu, no a w weekendy widujemy się tak od 17 w sobotę, od 16 w niedzielę.
Dla mnie to za mało. Kiedy przyjeźdza do mnie już myślę tylko o tym że on zaraz pojedzie.
Kolejna sprawa dotyczy tego że on jest bardzo uwiązany swoim domem. Ciągle coś jest ważniejsze ode mnie, a to ciągłe remonty, a to zakupy z mamą, a to mamę trzeba do lekarza zawieść, a to z babcią pojechać.
Czasami nawet nie spędzamy tej soboty razem bo on idzie na urodziny z mamusią i z bratem, ja idę wtedy w odstawkę.
Ja się ciągle czuję jakbym była na uboczu, jak ta zabawką która jak nie pasuje to się ją rzuca w kąt, a jak jest potrzebna to wraca do gry.
Od początku związku nigdy nie rozmawialiśmy o slubie, o tym gdzie będziemy mieszkać, spotykaliśmy się i tak czas mijał.
Zaczęło mnie to bardzo denerwować. Ja mu powtarzałam że ja rozumiem że rodzina w życiu dużo znaczy, że trzeba pomagać, ja nigdy bym mu nie zabraniała pomagać mamie, ja rozumiem że on ma szczególną sytuację. Ale jego brat jest już też mężczyzną, ma 27 lat, a pomaga o wiele mniej.
Jakiś tydzień temu pękłam. powiedziałam mu że to tak dłużej nie może trwać, że ja chcę mieć w życiu partnera. że chcę się do niego zwracać z problemami (a tego nie robię bo myślę tylko ile on ma na głowie). Że za mało się spotykamy, że stoimy w miejscu i że trzeba myśleć o przyszłości.
Powiedział że się ze mną zgadza, że się zmieni.
Teraz przyjechała do niego rodzina z niemiec.
Owszem, byłam przez weekend u niego na urodzinach, na rodzinnym spotkaniu, ale praktycznie w ciągu całego tygodnia on nie znalazł nawet godziny żeby ze mną chociaż sam na sam porozmawiać.
Naprawdę nie wiem czy ja wymagam tak dużo. Ćzy ja zbyt wiele oczekuję, czy wina jest we mnie.
Ni wytrzymałam tego. Powiedziałam że się rozstajemy. To był piątek.
Prosił żebym to przemyślała, błaga o wybaczenie - kolejny raz prosił o ostatnią szansę, że mam zrozumieć jego trudną sytuację. Powiedziałam że nie chcę na tą rozmowę czekać aż do soboty, jeżeli mu zależy to niech do mnie przyjedzie zaraz. Odpowiedział że nie bo idzie z tą rodziną na miasto on nazajutrz mieli wyjeżdzać). Poczułam się jak śmieć.
Po raz kolejny poczułam się nikim w jego życiu.
Jestem rozczarowana, straciłam 3,5 roku .... po raz kolejny mam zaczynać wszystko od zera mając 32 lata nie wierzę w to że ułożę sobie jeszcz moje życie.
Nie mam nikogo, zostałam całkiem sama, nie wiem co mam zrobić ze swoim życiem.
Przepraszam za to użalanie się ale serce mi pęka z bólu, mam wrażenie że nie poradzę sobie z tym. nie mam na siły. od początku roku trwa ta szarpanina, ja schudłam już chyba 10 kilo.
Nie wiem jak mam dalej żyć...... ![]()