Powodowany własnym doświadczeniem, oraz spojrzeniem na doświadczenie innych, uważam że przydatne będzie dla nas Wszystkich, wyłuszczenie pewnej kwestii- mianowicie zastanowienie się nad przyczynami rozpadu związków- niezależnie krótkich, czy też długich. Sądzę, że każdy związek charakteryzuje jemu tylko właściwa dynamika, która jednak po pewnym czasie, ku zdziwieniu partnerów stopniowo zwalnia, a w związek jak często się to określa wdziera się nuda-, która rzecz jasna może być bardzo różnie rozumiana, stąd nie chcę, aby ową nudę postrzegać literalnie, ale jako coś szerszego.( oczywiście spektum problemu jest o wiele szersze - starcie charakterów etc. liczę tu jednak na panie:)
Będę wdzięczny i ciekawy waszych przemyśleń w tej sprawie, rozwiązań, oraz krytyki
Pozdrawiam Jacol
Podobne tematy
pomijająć wszelkie znęcania się fizyczne i psychiczne, to lenistwo często przyczynia się do rozpadu zwiazków. Nie zapobiegamy ani nie walczymy z tym, pozostawiamy to samemu sobie a potem jesteśmy wielce zaskoczeni że wkradła się rutyna, ze mąż/żona zdradza etc etc.
drugim czynnikiem jest głupota ludzka która też prowadzi do zdrad w konsekwencji do rozwodów. Ulegamy chwili, potem już zaczyna się prowadzenie podwójnego życia i znowu zaskoczenie że małżeństwo się rozsypało.
następnym czynnikiem jest wyimaginowany świat w którym chcemy żyć. Ludzie się pobierają pomimo tego że wcześniej pojawiają się sygnały ze cos jest nie tak ale brniemy dalej. Potem rózowe okulary opadają i co? Znów jesteśmy zaskoczeni że jak to mój partner/partnerka mogła coś takiego zrobić?
młodość. Czesto jest tak że za bardzo beztrosko myślimy, a że to nas nie dotyczy, że jesteśmy najmądrzejsi a potem co do czego samotna matka wychowuje dziecko bo tak super dojrzały partner się wystraszył i zwiał. Nawet jeśli dojdzie do slubu to zwiazek trwa zazwyczaj ze względu na dzieci a potem i tak wszystko sie rozpada
3 2009-12-10 11:55:31 Ostatnio edytowany przez Linka (2009-12-10 11:56:31)
Właśnie - zgadzam się z tym lenistwem, często nie chce nam się już zabiegać o ukochaną osobę, bo po co skoro już jesteśmy razem dłuższy czas...a to bzdura!!! Wystarczy pomyśleć,że my przestajemy zabiegać o partnerkę/partnera nie okazujemy tej osobie już takiego zaangażowania, miłości, nie robimy malutkich a jakich miłych niespodzianek, drobnych gestów, które pokazują drugiej osobie jaka jest dla nas ważna, aż tu nagle pojawia się ktoś trzeci i zaczyna jednej ze stron okazywać zainteresowanie, coś czego brakowało jej od drugiej połówki, stara się o nią i w ogóle...smutne ale tak może być i przez to również związek może się rozpaść
uważam, że każdy potrzebuje każdego dnia czuć, że jest ważny dla swojego partnera, nie trzeba wielkich czynów, wystarczą małe gesty i troszkę spontaniczności, żeby nie popadać w monotonię
POZDRAWIAM!
Każdy związek przechodzi przez określone etapy. Tak, jak jest etap fascynacji, zachwytu, idealizacji tak później nieuchronnie nadchodzi m.in. etap docierania się. Wielu ludzi pielęgnuje w sobie urojone fantazje na temat związków i wykazuje tak duże przywiązanie do wizji idealnej partnerki/idealnego partnera, że woli poszukiwać nierealnego niż zadbać o istniejącą relację.
Rzadko spotykane w praktyce, choć pięknie brzmiące w teorii słowo KOMPROMIS też jest udziałem niewielkiej części związków.
Tak więc uważam, że nie tyle związki zaczyna toczyć rdza - to my pielęgnujemy w sobie zardzewiałe mrzonki, nierealne wizje i niezdolni jesteśmy prawdziwie dojrzewać, zarówno jako ludzie, jak i partnerzy względem siebie.
Zaś jeżeli ludzie dochodzą do ściany, to najpewniej dlatego, że zaniedbali jeden z trzech pierwiastków, które tworzą relację - JA/TY/MY. Osoba, która zaniedbała swoje marzenia czy plany nie dała sobie szansy rozwoju JA. Podobnie wtedy, gdy partner nie ma możliwości dojrzewania jako jednostka. I ostatni element, gdy nie rozwija się nasz związek. Którakolwiek z tych części zgrzyta i "dusi się", nie będzie dobrze między tą dwójką ludzi.
5 2009-12-10 16:18:35 Ostatnio edytowany przez Anemonne (2009-12-10 16:19:03)
Według mnie największymi wrogami udanych związków są:
1) wymaganie od partnera, że da nam coś, czego nie ma
2) brak umiejętności rozmowy o problemach
3) brak umiejętności/chęci osiągania kompromisów.
Co do punktu pierwszego, często po prostu mamy gdzieś w głowie obraz partnera idealnego i próbujemy zmienić naszego nieidealnego (wszak ideałów przecież nie ma) tak, by spełniał wszystkie nasze wymagania. Tak naprawdę rada na to jest jedna - brać to, co jest, albo nie brać wcale.
Drugi punkt jest bardzo istotny - jest mnóstwo związków, nawet małżeństw z dużym stażem, w których obydwie lub jedna strona nie potrafią porozmawiać o tym, co się dzieje złego, co sprawia im jakikolwiek dyskomfort. Niejednokrotnie bywa, że gwałtownie się kłócą, a potem "godzą" w łóżku albo po kilku "cichych dniach" udają że nic się nie stało, w ogóle nie próbując dociec ani tym bardziej rozwiązać przyczyny problemu.
Punkt trzeci dość ściśle wiąże się z drugim - jeśli nie umiemy rozmawiać i przede wszystkim słuchać tego, co druga strona ma nam do powiedzenia, nie umiemy też dojść do kompromisu. Egocentryzm i przekonanie o własnej racji do niczego poza ciągłym konfliktem nie prowadzi, w związku po prostu trzeba czasem wypracować jakieś rozwiązanie "pomiędzy" - tak, by obie strony były zadowolone jak najmniejszym kosztem każdej z nich.
gdy sie ustali jakieś zasady w związku i zacznie się je łamać
oszukiwanie, olewanie, brak zainteresowania połówką, nieumiejętnośc rozmowy o tym co boli, tajenie pewnych spraw mimo iż się wie że ukochana osoba woli o tym wiedzieć (wszytko i tak wyjdzie na wierzch czy to po roku czy miesiącu
)
Yvette- bardzo fajne spojrzenie na sprawę i jej nakreślenie, choć moim zdaniem etap docierania trwa nieprzerwanie przez cały okres trwania związku i równolegle do wymienionych przez ciebie tak trafnie etapów.
Wysunęłąś niezwykle trafną uwagę na temat relacji JA TY MY - faktycznie zaduszanie własnej ambicji, dążeń ma destrukcyjny wpływ na związek- naciagana sprężyna kiedyś musi się rozciągnąć, z innej strony jednak na etapie właśnie relacji JA TY MY ja dostrzegam kompromis, być może nawet i przez niektórych nieuświadomiony- bo przykryty fascynacją, idealizacją, ale jednak.
Tak więc uważam, że nie tyle związki zaczyna toczyć rdza - to my pielęgnujemy w sobie zardzewiałe mrzonki, nierealne wizje i niezdolni jesteśmy prawdziwie dojrzewać, zarówno jako ludzie, jak i partnerzy względem siebie.
Bardzo celna i głęboka uwaga, ja jednak skłoniłem się do opisu degradacji związku jako pewnej jedni, stąd owy proces rdzewienia.
Ciekaw jestem u ciebie , jak postrzegasz owy rozwój związku( I czy w takich kategoriach można o nich mówić w? - słowo to gdy się nad nim zastanowić jest dość enigmatyczne, nawet mocne. Dlaczego tak myślę? Stagnację przeżywa każdy związek, symptomatyczna jest ona zwłaszcza w relacjach trwających kilka lat 4 i więcej i często dzieje się, że parka czy małżeństwo całkiem dobrze się dogaduje, a mężczyzna moim zdaniem jednak koło zamachowe relacji ( nie mogący dopuścić do znudzenia kobiety) dostarczać musi jej w pewnych dawkach nowych doznań, motywów etc- wszystko pięknie wygląda w teorii, i tu moim zdaniem dochodzi do pewnego rodzaju krytykii wszelkich kierunków psychologii pragnących zbadać relację, których opis stanowią tylko dość lakoniczne uogólnienia, bo wg. mnie każdy związek kieruje się pomimo wszystkich czynników jemu charakterystyczna logiką-stąd chociażby znane mi są przypadki długoletnich związków o niemal stałej progresji ale, coś powodowało, że następował nawrót już z inną osobą ku prozie życia codziennego- pomyślą niektórzy wypalenie, chęć odsapnięcia- być może?ale coś powodowało jednak ludźmi, że tego typu relacje się kończyły.
Z innej beczki, prowadzi się różnorakie badania mówiące o specyficznych związkach, aminokwasach odpowiądających za uczucie miłości i jej niemalże ,, kreowanie " w ludzkim mózgu ( nie znam się na neuronaukach, tym bardziej na chemii), jednak ciekawe są i przyznam dość brutalne wnioski- miłość bez względu na panujące relacje, wypala się po 3-4 latach , póżniej zaś pozostaje przyzwyczajenie, albo jego brak ! Co wy na to????
Pozdrawiam!
tez to gdzieś czytałam ze zwiazki się wypalają po 3, 4 latach. Biorąc pod uwagę te wnioski trzeba było by się zastanowić czy miłosć w ogóle istnieje.
Przyznasz Apoteozo23, że ta teoria niszczy i tak już nadwątlony dzisiaj wszelaki romantyzm?
Ja mimo wszystko powściągliwy jestem względem takich teorii, jak i typowo naukowego rozważania w tej mierze.
Przyznam ze jednak w tej teori coś jest, jakaś nutka prawdy. Ja osobiście podchodzę do tego z dystansem.
Dlaczego uważasz ze ta teoria niszczy romantyzm?
Kiedyś w jakimś babskim czasopiśmie czytałam całkiem interesujący artykuł o miłości, autorstwa (o ile dobrze pamiętam) Zyty Rudzkiej. Owa pani rozważała w nim problem "krótkiej" miłości w obecnych czasach - konkretnie chodziło o to, że jeszcze za czasów naszych dziadków małżeństwo było czymś nierozerwalnym, ludzie mieli najczęściej tylko jednego partnera i był to partner na całe życie, natomiast dziś do miłości podchodzi się konsumpcyjnie, związek jest czymś, co ma się nam opłacać, przypomina bardziej ekonomię, niż kochanie. Przeprowadzamy bilans wad i zalet partnera i wybieramy tego najbardziej zbliżonego do ideału, tego, który najwięcej nam da, odsiewając po drodze tych, którzy "nie zdają egzaminu" - np. nie podzielają naszych pasji lub nie zakręcają tubki pasty do zębów po użyciu. Wolimy zerwać z "nieidealnym" partnerem, wymienić go na "lepszy model", niż pozostawać w "nieszczęśliwym" związku - a nieszczęśliwy to najczęściej taki, który wymaga od nas zbyt wielu poświęceń.
Co o tym myślicie, Panie i Panowie? Zgadzacie się z opinią autorki? Uważacie, że tak jest dobrze i tak właśnie powinniśmy postępować, czy może rację mieli nasi dziadkowie, którzy młodo wstępowali w związki małżeńskie i pozostawali w nich pomimo wszystkiego, co się działo?
Kiedyś w jakimś babskim czasopiśmie czytałam całkiem interesujący artykuł o miłości, autorstwa (o ile dobrze pamiętam) Zyty Rudzkiej. Owa pani rozważała w nim problem "krótkiej" miłości w obecnych czasach - konkretnie chodziło o to, że jeszcze za czasów naszych dziadków małżeństwo było czymś nierozerwalnym, ludzie mieli najczęściej tylko jednego partnera i był to partner na całe życie, natomiast dziś do miłości podchodzi się konsumpcyjnie, związek jest czymś, co ma się nam opłacać, przypomina bardziej ekonomię, niż kochanie. Przeprowadzamy bilans wad i zalet partnera i wybieramy tego najbardziej zbliżonego do ideału, tego, który najwięcej nam da, odsiewając po drodze tych, którzy "nie zdają egzaminu" - np. nie podzielają naszych pasji lub nie zakręcają tubki pasty do zębów po użyciu. Wolimy zerwać z "nieidealnym" partnerem, wymienić go na "lepszy model", niż pozostawać w "nieszczęśliwym" związku - a nieszczęśliwy to najczęściej taki, który wymaga od nas zbyt wielu poświęceń.
Co o tym myślicie, Panie i Panowie? Zgadzacie się z opinią autorki? Uważacie, że tak jest dobrze i tak właśnie powinniśmy postępować, czy może rację mieli nasi dziadkowie, którzy młodo wstępowali w związki małżeńskie i pozostawali w nich pomimo wszystkiego, co się działo?
Całkowicie się z tym zgadzam, to jest wniosek wielu psychologów zajmujących się tzw. psychologią miłości i prowadzących terapie małżeńskie/terapie indywidualnych osób nie mogących odnaleźć satysfakcji w związku.
Cała chemia jest odpowiedzialna za pojawienie się wzajemnego zainteresowania i pożądania - tak, to są kwestie czysto chemiczne. Jednak na dłuższą metę utrzymywanie tak wysokiego poziomu pobudzających nas hormonów sprawiłoby, że nie bylibyśmy w stanie pracować, uczyć się i rozwijać własnych pasji, które wiązałyby się z fizyczną rozłąką z partnerem. Możemy dalej żyć i wypełniać swoje obowiązki, gdy huśtawka hormonalna się uspokaja.
Dla niektórych ludzi te "motyle" to właśnie jest miłość, kiedy ich serce przestaje przyśpieszać w obecności partnera sądzą, że to już nie jest to samo uczucie i lecą szukać następnego, również z góry skazanego na wypalenie. Wypala się chemia między ludźmi, natomiast wcale niezależna od czynnika czasu jest emocjonalna bliskość i intymność między partnerami, którą można pielęgnować przez długie lata.
I niewykluczone, że aby cieszyć się mężem-przyjacielem, który ociera pot z czoła, gdy po 70-tce ciężko wchodzi się po schodach trzeba w pewnym momencie przestać żądać romantycznych uniesień. Z życiem też trzeba się kiedyś pogodzić i myślę, że przystać na to, że nie można mieć wszystkiego - romansu jak z bajki po 40 latach wspólnego życia i jednocześnie szczerej, bliskiej więzi.
13 2009-12-12 12:59:52 Ostatnio edytowany przez moniaaa016 (2009-12-12 13:29:19)
Jak myslicie gdy nie ma już tzw: chemii to trzeba zakończyć związek mimo tego , że chcemy byc z tą osobą, i jest nam dobrze z nią???
Tylko nie czujemy tego juz co kiedys
tych "motyli w brzuchu" itd???
Koniec chemii i motyli w brzuchu to naturalna kolej rzeczy. Nie da się być wiele lat z tą samą osobą i nadal to wszystko odczuwać. Jeśli będziemy tak postępować, że wraz z końcem chemii będziemy kończyć związek, to skończymy jako samotni, zgorzkniali ludzie.
czyli uczucie , motyli w brzuch u tego co na poczatku było tego zauroczenia drugą osobą nie ma;) to dobrze bo jestem w zwiazku 3 lata i nie ma juz tego uczucia jakie było kiedyś tego szalęnczego wiem , że chce z nim byc jest mi z nim dobrze . tylko nie ma już tego co kiedyś było;) dzieki za odpowiedz
Apoteozo- wiem, że termin ten tj,, romantyzm" jest trochę niezręczny,ale miałem na myśli, to że jeśłi wziąść pod uwagę ową teorię, to wszelkie nam znane kwieciste utwory literackie, wszelkie Schillery, Novalisy, Margaret MItchell etc etc- gdzie tak wspaniale ukazane są miłosne zapędy i poświęcenie, oraz rzecz jasna sytuacje rzeczywiste jakie miały miejsce ( dla mnie wzorem wielkiej miłości w tej mierze była żona LaFayetta, Adriana LaFayette, która z własnej woli spędziła kilka lat wraz z męzem w twierdzy-wiezieniu niemieckim by nim się opiekować), tracą wyraźnie na swoim pięknie i istocie.
Anemonne- owa Zyta Rudzka, trochę zbytnio uogólnia według mnie okresy historyczne, chociaż zgodzę się z generalną jej tezą, ale według mnie kiedyś zwyczajnie ludzie mieli więcej szacunku wobec siebie!
A Konsumpcyjne podejście do miłości- według mnie jest to droga do nikąd, dla wielu nawet i droga krzyżowa, bo kiedy wszystkie utensylia, ekonomiczne korzyści się kończą- to co zostaje między dwojgiem ludzi?!?! totalna pustka- ale dzisiejsza liczba rozwodów potwierdz myślę, tezę pani Rudzkiej bardzo mocno.
Bycie z człowiekiem nie ze względu jaki jest i kim jest, lecz ze względu co może nam dać- jest straszliwe, aż mi się Łęcka przypomniała:)
Yvette, ciekawe jest to co piszesz o psychologach miłości- wpadła mi właśnie jedna myśl do głowy, myślę że nie odkrywcza ale ciekawa- ktoś kiedyś w Polsce przeprowadzał badania rozwodowe i w grupie humanistów, najczęsciej rozwodzili sie psychologowie- i tu zastanawiam się czy własnie ze wzgledu na swoje pragmatyczno- psychologiczne umiejetnosci, czy tez ze wzgledu na to, iz przez nasiakniecie teorematami etc, nie sa oni w stanie poswiecic sie miłosci jak zwykły człowiek ( wszystko analizuja i korygują).
Yvette, ciekawe jest to co piszesz o psychologach miłości- wpadła mi właśnie jedna myśl do głowy, myślę że nie odkrywcza ale ciekawa- ktoś kiedyś w Polsce przeprowadzał badania rozwodowe i w grupie humanistów, najczęsciej rozwodzili sie psychologowie- i tu zastanawiam się czy własnie ze wzgledu na swoje pragmatyczno- psychologiczne umiejetnosci, czy tez ze wzgledu na to, iz przez nasiakniecie teorematami etc, nie sa oni w stanie poswiecic sie miłosci jak zwykły człowiek ( wszystko analizuja i korygują).
W tym temacie jestem raczej zwolenniczką teorii odwrotnej pt. "Szewc chodzi bez butów". Myślę, że wiele niepowodzeń małżeńskich psychologów wynika właśnie z owego niewykorzystywania wiedzy w praktyce, a raczej ludzką słabością, która sprawia, że nawet, jeśli wiemy, JAK postępować nie oznacza to, że automatycznie się zmieniamy. Każdy psycholog jest ponadto naznaczony klasycznym bagażem człowieka: bagażem dzieciństwa, uprzedzeniami i wewnętrznymi trudnościami. No i last but not least - nasze starania to jedynie 50% sukcesu związkowego. Możemy być świetnymi specjalistami w dziedzinie związków i miłości, ale co nam po tym, gdy mamy partnera niechętnego zmianom?
Myślę też, że to, o czym mówisz świetnie dowodzi temu, że psychologia nie daje nam również gotowych recept na życie i nie czyni nas bogatymi, szczęśliwymi i nieomylnymi - jak żaden kierunek studiów ![]()
Zgadzam się z tym co piszesz Yvette, jest coś jeszcze jednego - Jako ludzie mamy wielką jakąś niekiedy niezrozumiałą wręcz wolę do komplikowania niemal wszystkiego- stąd pojawia się twój paradoks szewca bez butów- obciążony wiedzą psycholog być może wielokrotnie nie dostrzega najprostszych rzeczy u siebie, wszystko przemożnie analizując i porównując z Freudami i innymi Jungami heh.( oczywiście nie chcę tu generalizować, nie wszyscy są rzecz jasna właśnie tacy, ale cóż coś w wtym jest, że ludzie z problemami miast udać się do psychologa, zaczynają psychologię studiować).