Do podjęcia tego tematu skłonił mnie jedne z wątków w tym dziale, gdzie pewna autorka próbuje po zdradzie ratować małżeństwo. Twierdzi, że to z miłości do męża, ale pada tam mnóstwo pytań w komentarzach, czy aby na pewno to jest ta motywacja. Czy nie chodzi o pewien rodzaj uzależnia od męża, małżeństwa lub lęku przed byciem samemu.
Ja jestem w trakcie rozstania i zgłupiałam. Czy ja tak się miotam i tak bardzo nie chcę tej rozłąki (a jest konieczna, bo za daleko pewne rzeczy już poszły), bo go wciąż kocham i tak naprawdę chciałabym być z nim, czy też boję się tego co po tym nastąpi: samotność, zmiana stylu życia, warunków ekonomicznych lub też jestem po postu uzależniona od emocji, które mi serwował.
Jak znaleźć sobie odpowiedź na to pytania? Przyznam się szczerze, że jeszcze do wczoraj myślałam, że to silne uczucie, które w sobie mam, to miłość, a dziś już zbaraniałam..., bo może wcale nie.