To mój pierwszy post na tym forum- zdecydowałam się opisać swój problem, bo mam totalny mętlik w głowie.
Byłam z moim chłopakiem ponad dwa lata. Tydzień temu zostawił mnie bez żadnego konkretnego powodu.
Napiszę na wstępie, że mój chłopak moim zdaniem nie jest stabilny emocjonalnie. Często zdarzało się, że robił afery z byle powodu. Byle głupota potrafiła wywołać w nim okropne nerwy.
Wszystko zaczęło się od tego, że wyszliśmy ze znajomymi i po którymś wypitym już piwie na boku, dyskretnie zwróciłam swojemu chłopakowi uwagę, ze zaczyna się już trochę głupio zachowywać. Na pewno nikt z naszych znajomych tego nie usłyszał. Zaznaczę od razu, że chłopak był lekko wstawiony, ale na pewno nie był jeszcze pijany, więc myślał całkiem racjonalnie. Po tych moich słowach chłopak bardzo się zdenerwował i powiedział, że on idzie do domu. Wściekły poszedł w zupełnie inną stronę, ale ostatecznie zatrzymał go jego kolega. Resztę wieczoru spędziliśmy nie odzywając się do siebie. Usłyszałam jedynie przypadkiem jak kolega zagadał go, czemu aż tak się zdenerwował, a on na to, ze czasami nie panuje nad nerwami.
W trakcie powrotu zagadałam go, jednak on mnie zupełnie ignorował (takie zachowanie często zdarzało mu się w trakcie innych kłotni), próbowałam jednak nadal nawiazać z nim kontakt i w końcu on się odezwał, powiedział, ze nie będzie ze mną rozmawiał i poszedł w zupełnie inną stronę. Z tej złości nawet nie pamietał, żeby pożegnać sie ze znajomymi. Znowu pobiegl za nim kolega, ja jednak poszłam już do domu, bo byłam wściekła i w dodatku niesamowicie było mi wstyd przed znajomymi przez to jego zachowanie.
Po tej sytuacji nie odzywaliśmy sie do siebie 4 dni. Żadnego smsa, rozmowu na fb. Akurat na piaty dzień nieodzywania się wypadły jego urodziny. Wysłalam mu urodzinowe życzenia na fb, na co on napisał tylko: "dziękuję". Ja nie wytrzymałam. Napisalam do niego smsa, czemu sie nie odzywa. On mnie ignororwał. W końcu napisałam mu, że nie rozumiem tego, co robi. Że nie wiem, czy to zwykła, kłotnia, czy kłotnia prowadząca do rozstania. Żeby się w koncu określił, czy chce czasu, żeby ochłonąć, czy coś innego. Bo ja nie wiem, co się dzieje. (Martwiłam się, bo w kłotni rozstawaliśmy się już dobre kilka razy, ale zawsze się godziliśmy tego samego lub następnego dnia. Tylko raz zrobilismy sobie przerwę na około 3 tygodnie i traktowaliśmy się jak przyjaciele, po czym do siebie wróciliśmy). On na tego smsa napisał mi: "że ma mnie dosyć, że jestem nienormalna. żebym znalazła sobie kogoś innego, że przykro mu, ze to sms, ale on nie ma dla mnie czasu." Z jednej strony miałam świadomość że jest źle, ale jednak często w złości mówiliśmy sobie podobne rzeczy. Poszłam do niego następnego dnia rano. Powiedziałam, ze chce z nim pogadać. Głupia, mu powiedzialam, ze się zmienię, że nie chcę żebyśmy się rozstawali. Prosiłam go, żeby to wszystko przemyślał. I on uznał, ze okej. Że on da mi szansę. Poczułam się upokorzona. Tylko, ze przyzwyczaiłam go do tego. Bo od jakiegos czasu on się uodpornił mógł się nie odzywać kilka dni, a ja wariowałam i dla świetego spokoju najpierw przyznawałam mu racje, byleby tylko się pogodzić i dopiero potem mu tłumaczylam i on niby rozumiał swoje błędy. I tym razem też zaczęłam mu tłumaczyć, żeby zrozumiał, ze oboje popełniamy błędy. Że on też czasami robi źle i żeby nie denerwował się na tyle czasu, bo to nie jest tego warte. On się po tym znowu wkurzył. Powiedział, że nic nie zrozumiałam i on ma mnie dosyć i on wraca do domu. Że nie chce być ze mną, że miałam z nim tak super i że dostanę teraz lekcje życia. Że trzeba było doceniać to, co miałam. Że jestem toksyczna. Ale przecież kurczę, zwróciłam mu tylko uwagę, że sie głupio zachowuje...
On zawsze obwinia mnie, a nigdy samego siebie. Wmówił sobie, że jest ideałem. Tylko, ze póki był rok akademicki to mieszkaliśmy razem i ja zawsze przy jakiejkolwiek kłotni, niewazne z czyjej winy, zaczynałam rozmowę. Tłumaczyłam mu, namawiałam. Dawno nie było czegos takiego, że to on sam doszedł do wniosku, ze zrobił coś źle i sam zacząl rozmowę. Ja zawsze pierwsza wymiękałam. Dodam, ze on naprawde jest bardzo nerwowy i potrzebuję coraz więcej czasu, zeby się uspokoic. I nie wiem, ile sam potrzebowałby tego czasu, żeby przemyśleć swoje zachowanie. A teraz są wakacje, każdy mieszka w swoim rodzinnym domu i zupełnie się nie widujemy, no i ja jestem chociaż troche bardziej wytrzymalą z tego powodu.
Po tym jak mnie zostawił, ja na drugi dzień poszłam jeszcze do niego. Nie chciał ze mną rozmawiać, ale na siłę weszłam do jego mieszkania, bo akurat był sam w domu. On był dalej wsciekły ja próbowałam go jakoś uspokoić, namowić, żebyśmy się nie rozstawali. Bo zazwyczaj to przy którymś razie działało i kończylo się zgodą. Bo moim zdaniem on rozstał się ze mną pod wpływem nerwow. To raczej nie było przemyślane. No i on był przyzwyczajony do tego, że w złości się rozstajemy, a potem się godzimy. No i ja zazwyczaj o to zabiegałam.
Byliśmy do tej kłótni naprawdę szczęśliwi. On się bardzo starał, ale właśnie czasami miał takie napady złości i wtedy nie odzywał się i nie zaczynaliśmy rozmawiać, aż ja nie wyciągnęłam do niego ręki. Nie wiem, co by było jakbym się nie odezwała. Po jakim czasie on by się odezwał.
Wiem, że to mój błąd, że go przyzwyczaiłam do tego, ze ja wszystko wybaczam, że zawsze to ja dąże do zgody.
Teraz to dla niego jest nowa sytuacja, bo ani nie mieszkamy teraz razem, a ja próbowałam tylko raz się z nim dogadać. Zazwyczaj próbowałam kilka razy aż do skutku.
Na pewno tu nie chodzi o żadną inną dziewczynę. Co do tego jestem pewna.
On naprawdę wydawał sie być szcześliwy. zapewniał, że mnie kocha. Widać było, ze chce ze mną spedzać czas. Ogólem on poza mną nie ma praktycznie nikogo. Bo jest raczej zamkniętą w sobie osobą. Dużo czasu spędzaliśmy razem. I ja też naprawdę czulam sie przy nim dobrze. Bo naprawdę dogadywaliśmy sie świetnie, no poza tymi jego kłotniami o nic.
Ja nie potrafię sobie teraz poradzić. Boli mnie, że tak mnie potraktował. Ale z drugiej strony mam nadzieję, ze może to tylko kolejna kłótnia, która początkowo wyglądala tragicznie, ale zakonczyla się dobrze. Bo jednak więcej momentow było dobrych niz tych złych.
I nie wiem, co teraz robić. Czy w końcu przestać wyciągać do niego rękę i poczekać na jego ruch? czy uznać, ze to takie prawdziwe rozstanie tym razem i on nie chce wracać? Czy jakoś sprobować z nim pogadać, nakłonić do rozmowy jak się uspokoi, żeby nerwy nie przysłaniały mu wszystkiego? Czy uważacie, że jak w końcu minie troche czasu, to on zacznie analizować swoje zachowanie?
Nie mam pojęcia, co robić. Strasznie mi szkoda tego zwiazku, bo moim zdaniem naprawde nie bylo aż tak źle, zeby to konczyc. I po nim też wcale nie bylo widać, ze jest jakiś nieszczesliwy. Bo to też już przerabiałam i jak mu coś nie pasowało, to dało rade to wyczuć.