Witam serdecznie wszystkich
.
Na początku chciałbym zaznaczyć, że chodzi mi o bardzo luźną dyskusję, bez najeżdżania jeden (jedna) na drugiego (drugą). Celem tego wątku nie jest hejt a pomoc w rozwiązaniu mojego (mam nadzieję błahego) problemu.
Zaczynając temat zwracam uwagę - nie chodzi o typowego chama, który nie ma za grosz szacunku do drugiej osoby. Chodzi o osobę, za którą obejrzy się spora większość pań, czyli "niegrzecznego chłopca", który postrzegany jest przez osoby z zewnątrz za chama. Pisząc "z zewnątrz" mam na myśli osoby, które nie są w żaden sposób związane w relacje człowieka A oraz B.
Całkiem niedawno zaliczyłem kolejny dołek. Z własnej winy. Nie jestem osobą zbyt towarzyską, więc do każdej nowej znajomości podchodzę aż za bardzo pozytywnie. Za szybko się angażuję - ten problem dostrzegłem dawno, jednak do tej pory go nie wyeliminowałem. Ale od początku... Chciałbym przytoczyć swoje dwie ostatnie "przygody", które myślę pomogą zobrazować Wam moją osobę.
2 lata temu poznałem dziewczynę. Znajomość jak to znajomość, rozwijała się z dnia na dzień. Potem jakieś spotkanie oraz z mojej inicjatywy zaproszenie na wesele. Byliśmy, pobawiliśmy się, wieczorem doszło do czułych chwil i ogólnie do zbliżenia (bez seksu). Zaraz po tym incydencie zaczęło się wszystko pięknie sypać. Cała znajomość trwała miesiąc. Ze swojej strony dokładałem dużo starań by brnęło to w kierunku związku. Byłem miły, uprzejmy, ZAWSZE miałem dla niej czas. Od tamtej porażki nie poznałem żadnej ciekawej dziewczyny przez ponad rok albo nawet dłużej.
W maju bieżącego roku poznałem bardzo fajną dziewczynę. Świetnie się dogadywaliśmy, w wielu sprawach mieliśmy takie samo zdanie, nawet często myśli mieliśmy takie same. Od samego początku znajomości mówiłem sobie "nie bądź nachalny, nie pokazuj że ci zależy, podrocz się z nią trochę, niech zatęskni". Było tak... do momentu aż się nie spotkaliśmy. Przychodził czas spotkania, ja potulny jak baranek, miły zawsze z kwiatkiem, omijający najdrobniejsze konflikty, zgadzałem się na to gdzie chciała iść (raczej przez to że nie jestem zbytnio z miastem gdzie się spotykaliśmy oswojony). Próbowałem często inicjować jakiś dotyk np. objąć ją podczas spaceru, lub na ławce posmyrać palcem po ramieniu. Widziałem z jej strony negatywny odbiór, więc spytałem czy coś robię nie tak. Ona zaczęła tłumaczyć, że to nie ten etap znajomości i takie tam bzdury (była to końcówka drugiego spotkania i jakieś 2.5 tygodnia znajomości). Sporo przepraszałem, czułem przez SMS-y gdy się gniewała, więc miałem poczucie winy z bzdurnych powodów ale zawsze. Gdy przyszło ostatnie spotkanie i wyjaśnienie sobie pewnych rzeczy (spotykała się równolegle ze mną i z kimś jeszcze) pytałem otwarcie o wszystko, w szczególności o moje zachowanie. Mówiła, że żadnych negatywnych odczuć nie miała, nie czuła żebym był nachalny, czuje się przy mnie bezpiecznie i bardzo dobrze spędzało jej się ze mną czas. ALE tylko przyjacielsko... z tamtym jest INACZEJ.
Przejdźmy do meritum mojego problemu. Wiem gdzie popełniam błąd. Angażuję się za szybko, zachowania, które praktykuję powinny mieć miejsce raczej tuż przed samym związkiem albo nawet już będąc w związku a nie na etapie początkowym, gdzie znajomość się rozwija. Czytałem wielokrotnie na czym polega bycie tak ukochanym i pożądanym przez kobiety "bad boyem", czytałem jakie ma cechy i jakim zachowaniem się charakteryzuje. Problem polega na tym, że owe zachowania tj. spontaniczność, lekkie olewatorstwo (w celu rozjuszenia żaru tęsknoty w kobiecie), 0 jakiegokolwiek narzucania się czy nachalności i teraz najlepsze - pokazać jednocześnie, że nie zależy i zależy... Są to tylko przykłady (których jest więcej) jednak ich ilość zupełnie wystarczy, żeby śmiało i głośno powiedzieć - ten typ człowieka kompletnie do mnie nie pasuje! Nie potrafię grać kogoś takiego, kogoś kim nie jestem.
Uważam siebie za osobę pewną. Zawsze jestem szczery i się z tym nie kryję. Z natury bardziej przypominam romantyka, gdyż bardzo jarają mnie takie klimaty. Jestem też osobą otwartą i możliwe, że tutaj też siedzi jakiś problem, ponieważ gdy zauważam, iż osoba poświęca mi czas i uwagę to po prostu się otwieram nie zważając na konsekwencje...
Tu chciałbym zauważyć, że wielokrotnie się mówi "bądź sobą", "nie udawaj kogoś kim nie jesteś". Moja osoba cieszy się bardzo ciepłymi określeniami, niestety tylko i wyłącznie w charakterze "kolegi". Chcę przestać być kolegą, chcę zacząć zdobywać kobiety i chcę by one pożądały mnie. Pytanie: jak tego dokonać, skoro "bycie sobą" skazuje mnie z góry na porażkę?
Dziękuję za zapoznanie się z tematem i bardzo proszę o zachowanie człowieczeństwa
. Nie potrzebuję dodatkowych dzid pod żebrami w postaci "kolejny frustrat który ma problem z życiem" albo podobnych. Doskonale wiem, że mam problem. Zdaję sobie sprawę z moich nieodpowiednich podejść. Piszę tu, ponieważ chcę to zmienić a nie wiem w jaki sposób...
Dziękuję z góry za każdy post i serdecznie pozdrawiam!