Witam, przejrzałam kilka wątków o facetach, którzy nie chcą uprawiać seksu ze swoimi żonami. Ja tak miałam i mam. Spróbuję się streścić. Wyszłam za mąż 18 lat temu - "po katolicku" - mój mąż był moim pierwszym mężczyzna, miało być cudownie itp. Niestety o ile peting przed ślubem i pieszczoty były jako takie - to noc poślubna - i nic, potem dalej nic. Po paru miesiącach łaskawie mój mąż uzyskał satysfakcję po moich intensywnych staraniach - i przez jakiś czas to tak działało. Tylko ciąży nie było, był moment, gdy chciałam odejść - wyjechałam do innego oddziału mojej firmy - wtedy na moment ożywiło się to jakoś - przyjeżdżał co tydzień dbał, było ok. Wróciłam, zdecydowaliśmy się na starania o dziecko - okazało się, że ma kiepskie nasienie - więc In Vitro - udało się - mamy syna. Tylko, że w międzyczasie pojawiła się przyjaciółka męża, w której zakochał się (choć wypiera się tego) - i od tej pory właściwie seksu brak - krótko mówiąc zero wzwodu. Pierwsza próba wspólnej terapii u psychologa bez sensu - obojgu nam nie pasowała. Doszłam do wniosku, że sama będę szukać pomocy - i znalazłam - wiele spraw sobie poukładałam - wiem, że z obecną wiedzą skończyłabym nasze małżeństwo jeszcze przed upływem roku. Coż z tego, kiedy teraz jest dziecko - widzę jak bardzo są ze sobą związani, wiem jak ojciec jest ważny. Zatem rozwód odpada. Oprócz braku seksu i sporej dawki egoizmu (z którą już sobie radzę)- mąż jest ok i oczywiście nie zamierza się rozwodzć - teraz wyjechał za granicę i bardzo mu zależy, żebym ja też przyjechała do niego z synem - a ja wciąż mam wątpliwości. Tu, gdzie mieszkam, miałam grono przyjaciół, jakoś to wszystko grało - mimo bólu, i tego o czym nie raz już pisano na tym forum - poczucia nieatrakcyjności, poniżenia przy próbach aranżowania seksu itp
Mąż obiecuje, że w tam, gdzie teraz jest, znajdę bez problemu jeszcze ciekawszą pracę, mówi, że tęskni, że kocha - jednak wiem, że to nie oznacza pożądania - a raczej prowadzenie domu, jego bycie blisko syna, szacunek dla mnie jak dla 19 wiecznej matrony albo jakiejś 80 letniej staruszki. Ja po roku rozłąki wiem, że chyba lepiej mi samej z dala od męża niż samej blisko niego - Zero tęsknoty, złość - bo do końca nie wiem czy zdradził, czy tylko próbował udawać, że nie jest impotentem i podrywał "przyjaciółkę". Terapeuta nie mówi czy robię dobrze czy źle jadąc za mężem - po prostu akceptuje każdy wybór - a ja sama widzę i plusy i minusy każdej decyzji.
Na razie decyzja jest na "tak"- młody strasznie tęskni, zaczęły się też problemy w szkole: ma ADHD - na szczęście lekkie - pewnie łatwiej mu by było z ojcem.
Wciąż mam są wątpliwości, po prostu nie wiem czy komukolwiek udało się poukładać życie na zasadzie - jesteśmy przyjaciółmi, wspólnie wychowujemy dziecko, podróżujemy (to akurat nam super wychodzi) i każde po swojemu radzi sobie z kwestią seksu. Przez x lat walczyłam o tego jedynego, jak głupia jakaś (wiem, że ta walka zastępowała mi miłość) - i teraz nie umiem już być kobietą. Co robić - próbować tego bycia kobietą obok mojego pseudomęża czy samej - bez gwarancji, że którykolwiek ze sposobów się uda? Jeżeli któraś z was ma podobnie napiszcie - ja wygląda Wasze życie
Pozdrawiam Anka
1 2015-06-22 01:08:46 Ostatnio edytowany przez w-eter-Anka (2015-06-22 01:09:52)
Podobne tematy
2 2015-06-22 01:29:43 Ostatnio edytowany przez Cleopatra (2015-06-22 01:49:01)
A może lepiej żyć na odległość i spotkania raz na miesiąc, jeśli ta zagranica nie jest jakoś koszmarnie daleko. Sama wiesz, że jak byłaś kiedyś w tej delegacji, to lepiej Wam się układało.
Za granica jest w Europie - więc raz na miesiąc pewnie by wyszło, tylko, że nie jest tak jak było wcześniej - czyli jest tęsknota, nie ma seksu - wcześniej był. no i jest dziecko. Ja wiem, że wrócić zawsze mogę, nawet z Australii, tylko nie wiem czy wogóle warto próbować. W XIX pewnie co druga tak miała - tylko, że wtedy brak seksu był normą, jak i histeria zresztą ;/
Pozdrawiam Anka
impotent
Rodzice mojego chłopaka poszli na taki układ. Ojciec matkę podobno kochał, ona jego nie, zero seksu z jej strony. Ale poza tym tak jak powiedziałaś, przyjaźnili się, dużo podróżowali razem. Mimo wszystko postanowili mieszkać razem, żeby zapewnić synowi "normalny" dom. Ale czy jest to normalne, że ojciec w końcu znajuje sobie oficjalną kochankę, którą matka w pełni akceptuje? Jak o tym myślę niedobrze mi się robi. Do momentu gdy mój chłopak wyjechał na studia mieszkali razem, jednak kłotnie non stop... dla mnie patologia.
Wolałabym chyba, aby moi rodzice się rozstali i szukali szczęścia gdzieś indziej, niż widzieć ich co rano jak patrzą na siebie z niechęcią i mieć świadomość , że męczą się dla mnie.