Witam. Piszę chyba tylko po to żeby się wygadać.
Mam w sobie kumulację wielu uczuć od wielkiej złości po duży smutek.
Byliśmy razem 1,5 roku. Bywało różnie,ale czułam,że mu zależy. Do czasu oczywiście.
Kłóciliśmy się czasem, jak wszyscy chyba. Zawsze kiedy kłótnia była z Jego winy to przepraszał, przywoził kwiaty, widziałam,że faktycznie żałuje. Spędzaliśmy razem czas, bardzo tego chciał. Starał się naprawdę, robił niespodzianki, był kochany.
Aż do pewnego momentu. Przyznam,że nie wiem nawet dokładnie do jakiego. Ale powoli zaczęłam to zauważać... Jakoś nie dopuszczałam tego do siebie. No, bo jak to miałby przestać się starać? Przecież chyba jak Ci zależy to nie problem zrobić coś dla drugiej osoby prawda?
Wybuchłam jakoś w kwietniu. Kłótnie, tłumaczenie,że nie czuje się ważna,że przestał poświęcać mi czas. No i tak jak zwykle przyjeżdżał, 'przepraszał',ale już bez kwiatów( takie symboliczne to było), na chwile i potem jechał do kolegów. Było mi przykro jak jasna cholera, no ale PRZECIEŻ PRZEPROSIŁ. I co jakiś czas wałkowaliśmy tą samą sytuację w kółko. Byłam zła, sfrustrowana. Wpierał mi,że to nieprawda,że mu nie zależy, że szukam problemów.
Na początku maja coś we mnie pękło. Pożegnałam Go i weekend majowy spędziliśmy osobno. Trochę się podobijał przez sms ( oczywiście jak miał czas, jak się nudził - wiem,bo wcześniej wiedziałam jak sobie zaplanował dni i kiedy był z kolegami to nie pisał). Ale w piątek ( kolejny weekend) przyjechał. Jak zwykle, powiedzieć 'przepraszam'. Oczywiście nie miał za wiele czasu, bo już musiał coś 'załatwić' z kolegami. No i co mi powiedział? Że spotkamy się po weekendzie, bo na sobotę umówił się z chłopakami na grilla a w niedziele nie przyjedzie, bo jak wypije to nie może przecież autem jechać. Zatkało mnie. Z jednej strony cieszyłam się,że znowu jest ,ale z drugiej byłam w szoku. W szoku,bo nie chciałam wierzyć,że On faktycznie mnie olewa. Oczywiście,wyjaśnił,że tak zaplanował wszystko,bo skoro do siebie wróciliśmy to nie chciał tak od razu mnie osaczać więc weekend spędzimy osobno, na odchodne powiedział,że zadzwoni jutro i trochę porozmawiamy ( wcześniej często dzwonił, bardzo to lubiłam). No,ale nie zadzwonił( powiedział mi to dla świętego spokoju). Wściekłam się i powiedziałam,że ma spadać, brać swoje rzeczy i już mi się na oczy nie pokazywać. Chyba trochę się wystraszył,bo obiecał poprawę i faktycznie!
Jakiś tydzień się starał. No i zaczęło się znowu. Jak był z kolegami to nie odbierał ode mnie, nie pisał.
Jednej soboty cały dzień na Niego czekałam. Miał przyjechać z kolegą do mnie po drewno, tata chciał im wydać, bo nie miał co z tym zrobić. Czekałam od 15. Najpierw słyszałam ,że będzie o 17, potem się okazało,że jeszcze nie itp itd. Wkurzałam się, a On wciąż twierdził,że i tak będzie przecież siedział u mnie do późna. No i przyjechali o 20, zabrali, pojechali wyładować i mieli wrócić jeszcze po coś. Napisał mi smsa, że są i zaraz jadą do mnie. No i zapytałam czy chce zostać potem ze mną czy spędzić wieczór z Michałem. Jak nei trudno się domyślić, wybrał Jego. I to był kolejny raz kiedy nie wybrał mnie...
W zeszłą niedziele jechał na mecz z kolegami. Dzień wcześniej obiecał,że zadzwoni skoro nie może być przy mnie- od poniedziałku zaczęłam pierwszą pracę i stresowałam się... Myślicie,że zadzwonił? NIE.
W tym tygodniu , na długi weekend, zaproponował wyjazd w góry. Fajnie dopóki nie okazało się,że mamy wrócić wtedy i wtedy,bo ma grilla z kolegami a potem mecz. Rozumiecie? No do cholery, wyjeżdżamy raz w roku i jeszcze mam się podporządkowywać pod to wszystko. Powiedziałam,że nie ma mowy! Albo jedziemy w góry ( oboje mieliśmy 5 dni wolnego) i zostajemy ile możemy albo nie jedziemy wcale. No i zgadnijcie! Nie pojechaliśmy. Ta rozmowa odbyła się w poniedziałek. Odwiózł mnie do domu po pracy i pojechał obrażony. Ale jak zajechał do domu to zaczęliśmy pisać na ten temat. I...aż wstyd się przyznać,ale przyjechali koledzy i przestał mi odpisywać. We wtorek przyjechał i z Nim zerwałam. Byłam wściekła. No i w środę , od rana pisał , znowu do momentu aż nie poszedł do kolegów. I tak codziennie aż do dzisiaj. Dzwoniłam, mówiłam,że ma się odczepić to prosi o spotkanie, błaga etc. i potem robi się po 17 i milknie. Odzywa się rano a ja jestem miękka i odpisuje. Tylko nie mogę mu przetłumaczyć,że już nie zamierzam z Nim być.
Dla mnie to już koniec mimo,że aż nie mogę uwierzyć jak się zmienił. Wiem,że tak to jest,że na początku każdy się stara,ale mimo wszystko jestem w szoku.
Powiedzcie mi jak mam to przetrwać?
Mam Jego rzeczy, boje się,że jak przyjedzie to nie będę potrafiła Go solidnie kopnąć w tyłek i wyrzucić.
Mam w sobie takie pokłady złości, żalu. Czuje się jak skończona idiotka. Mam ochotę ryczeć i walić głową w ścianę.
Jak ja mogłam zmarnować tyle czasu na takiego prostaka?
Jestem taka żałosna -_-
Domyślam się,że może pojawić się przypuszczenie,że ma kogoś na boku. Mało prawdopodobne,ale nie wykluczam. Nie zmienia to faktu,że nie chce Go znać,a kocham ![]()
Czy ma ktoś podobne doświadczenia?