Witam!
Piszę tu, ponieważ chciałabym poznać Waszą opinię..
A więc zaczynając od początku- rok temu rozstałam się z kimś, z kim byłam przez 12 miesięcy. Właściwie nie było to zwykłe rozstanie, tylko porzucenie z dnia na dzień- pewnego dnia po prostu oświadczył, że nic do mnie nie czuje i że to koniec. Bardzo to przeżywałam, można powiedzieć, że 6 miesięcy wyjęte z życiorysu. Po tym czasie trafiłam na faceta, który był lekiem na złamane serce i przepłakane dnie- ale w relacji chodziło tylko o łóżko. Okazało się po niedługim czasie- skuteczne było zastąpienie miłości seksem. Jakiś czas później poznałam kogoś. Traktował mnie poważniej niż ktokolwiek kiedykolwiek. Nie chciał seksu, wolał zrozumienie, uczucie i bliskość. Okazało się, że był w sytuacji takiej jak moja- że też został porzucony nagle, że wszystko z dnia na dzień, itd.. dobrze się dogadywaliśmy na każdy temat, doskonale mnie rozumiał, to że cierpiałam, wiedział co czuję, bo sam czuł wcześniej to samo. Zaczęłam z czasem widzieć w nim potencjalnego partnera- przechodziliśmy przez to samo, doświadczyliśmy tego samego zawodu. I tak się stało- od pół roku byliśmy parą. Najbardziej zgraną, jaką znałam i jaką wszyscy wokół znali, można powiedzieć idealną. Ostatnio podczas rozmowy stwierdził, że nie chce być już razem, że w sumie to nic do mnie już nie czuje, że nie pasujemy do siebie... Nic się wcześniej nie działo, on zakochany po uszy, ja też zupełnie w niego wpatrzona,a tu z dnia a dzień takie coś... Dokładnie ten sam schemat, który powtarzany był rok wcześniej... Dokładnie to samo poczucie beznadziejności, że to chyba ze mną musi być coś nie tak, tylko teraz dwa razy silniejsze... Minęło kilka dni, a ja pocieszam się jedynie myślą powrotu do spotkań z kimś, kto potrafił dać mi tylko seks.. Teoretycznie wiem, że to nie ma sensu, ale nie potrafię chyba inaczej zapełnić tej pustki