Witajcie,
Wątek jakich tu wiele, ale to mi pomaga tak samo jak rozmowa z bliskimi mi osobami. Opowiem moją historię może komuś się coś nasunie, skomentuje, wesprze, otworzy oczy, a mi wreszcie zapali się lampka.
Z mężem jesteśmy 12 lat. Poznaliśmy się jak on miał 20 ja 26 lat. Różnicy wieku wtedy oboje nie odczuwaliśmy, były małe wątpliwości, ale nie miały znaczenia. Początki jak to zwykle bywa cudowne, po dwóch latach zaczęliśmy starać się o dziecko i teraz są dwie 9 letnie córeczki. Od początku mąż zajmował się nimi tak jak ja, nic mu nie można było zarzucić. Nie było problemu z wykąpaniem, nakarmieniem itd. Kiedy dziewczynki miały 2 lata kupiliśmy dom, mąż bardzo chciał mieć dom i on bardziej nalegał żebyśmy go kupili.
Zawsze się wpieraliśmy nawzajem, tworząc zgraną parę, przeżyliśmy porażki, były problemy finansowe, powódź, brak pracy. Z czasem zaczęły nas przerastać problemy, głownie finansowe ja byłam bardziej sfrustrowana i rozgoryczona a do tego stałam się bardzo zazdrosną kobietą. Kontrolowałam, sprawdzałam i chyba go zadusiłam. Nie było to tak całkiem nieuzasadnione, mąż zawsze miał wiele koleżanek z którymi się spotykał ot tak sobie, twierdził ,że to nic nie znaczy, że to tylko przyjaciółki. Było kilka sytuacji niepokojących sytuacji np. zakładanie profili na portalu randkowym. Po rozmowie zawsze twierdził, że to nic nie znaczy i że usunie, że to tylko tak sobie.
Trzy lata temu musiałam wyjechać na trzy miesiące do rodziny w Norwegii, zmuszeni brakiem gotówki zdecydowaliśmy się, że pojadę do pracy. On w tym czasie nawiązał kontakt ze swoją dawną dziewczyną i zaangażował się emocjonalnie, zwierzał się jej a ona go pocieszała. Kiedy wróciłam, dowiedziałam się o tym, musiałam to z niego wydusić, bo zawsze miał problem z komunikacją, taki typ samotnika, bardzo ciężko się z nim rozmawia. Powiedział, że urywa kontakt i będzie walczył o nas, ale ja dalej nie potrafiłam sobie poradzić z zazdrością i dalej go przyduszałam. Im bardziej się oddalał to ja bardziej próbowałam go uchwycić. Oddalaliśmy się od siebie, przestał go obchodzić remont domu, który powoli się sypie, nie chciał spędzać z nami czasu, wiele razy prosiłam żebyśmy pojechali gdzieś i odpoczęli. Nie wyjeżdżaliśmy z dziećmi od lat, bo zawsze coś było przeszkodą. Zaczął rozwijać swoją pasję a mianowicie zajął się akwarystyką. W domu przybywało zbiorników, swojego czasu było ich nawet kilkadziesiąt, a chciałam, żeby się rozwijał i pozwoliłam mu na to. Wszystko zaszło zbyt daleko, ogromne koszty praktycznie żaden zysk, poświęcony temu czas, którego zabrakło dla nas. Zresztą dziś wypomina mi, że nie potrafiłam mu tego ?ukrócić? w jakiś sposób. A ja ? Ja w tym czasie robiłam wszystko w domu łącznie z koszeniem trawy, brałam na siebie zbyt wiele, ale to na własne życzenie. W zeszłym roku sama wyjechałam z dziećmi na wakacje, on uważał że to dobry pomysł i w tym czasie miał zająć się remontem. Widziałam, że mu to pasuje, niewiele zrobił w tym czasie. Największym błędem było to, że pojechałam sama do rodziny na święta. Widziałam, że tego chce i uważał to za dobry pomysł. Dzieci odpoczną, bo i tak mają wolne. Nie chciał pojechać, bo kto zajmie się rybami, ani razu nie padło z jego ust słowo zostańcie, spędźmy razem te święta.
W styczniu tego roku powiedział, że podjął decyzję o wyprowadzce, że to jego ostateczna decyzja, że myśli o tym od dawna, że nie daje już rady, że nic się nie zmieniłam i nie kocha mnie już. Czy były sygnały wcześniej? Może były ale to tylko sygnały, odburknięcie, obraza i ucieczka. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zaszło to tak daleko. Dla mnie zabrakło rozmowy z jego strony, zabrakło słowa - usiądź musimy poważnie porozmawiać, bo dzieje się coś poważnego. Kiedy widziałam, że coś się z nim dzieje to ja próbowałam pogadać, przeważnie odbijałam się o ścianę. Teraz jeszcze mieszka z nami, dzieciom nie powiedział, mówi spokojnie że przyjdzie na to czas, ja chodzę jak w transie, proszę o rozmowę, o przemyślenie, proponuję terapię, tłumaczę że nie jesteśmy z innych planet, mieliśmy wiele wspólnych rzeczy, które lubiliśmy robić razem, lubimy te same filmy, muzykę. W oczach znajomych byliśmy znakomitą parą zresztą w naszym domu zawsze było pełno ludzi, bardzo to lubiłam. Widzę że nic to nie daje, on decyzję podjął, praktycznie cały czas go nie ma, często wyjeżdża, ale twierdzi, że nie odchodzi dla innej kobiety.
Zapytany dlaczego się jeszcze nie wyniósł, że ja tak dłużej nie mogę, nie dam rady odpowiada, że nie jest łatwo wynająć tanio mieszkanie, a on nie ma na to kasy, szuka okazji i że jest mu trudno ze względu na dzieci. Mam różne stany, po depresyjne i nic mi się nie chce (a nie mogę pokazywać dziewczynkom, że jestem słaba) a z drugiej strony myślę sobie że nikogo na siłę nie zatrzymam i do czego ja tęsknię? Czy chcę być dalej oszukiwana? Czy chcę płakać za człowiekiem, który mnie nie kocha? I nie potrzebna mu rodzina jako rodzina w całości, nie pasuje mu taki układ. Tłumaczę sobie, że wartościowa ze mnie kobieta, ładna, dobra i silna. I że sobie poradzę, bo mam wokoło życzliwych mi ludzi, dobrą pracę. Jednak emocje biorą górę i nie daję rady.
Największy żal mam o to, ze nie walczył i nie chce walczyć, on twierdzi, że robił to w sobie, ale dla mnie to nie walka! Walką jest zrobienie czegoś odwrotnego co się do tej pory robiło, wyjazd wspólny, żeby zobaczyć jak razem potrafimy spędzić czas, jak się razem leży na trawie. Namawiam go na terapię, bo są przypadki, że nawet jeżeli jedna strona nie chce to w trakcie terapii coś się przestawia i jest jakaś szansa, ale siła go nie zaciągnę. Nie wiem jak sobie poradzę, korzystam z terapeuty, ale na razie nic nie jest lepiej. Zdaję sobie też sprawę z tego, że wina leży po obu stronach, tylko czy coś da się z tym jeszcze zrobić?
Może się komuś nasuną jakieś sugestie i będę mogła coś w sobie przerobić.