No... to czas na mnie. Mam 25lat, moi rodzice są osobami niesłyszącymi i od małego posługiwałem się językiem migowym, ale podczas pobytu np. u babci to starali się, żebym zaczął mówić i zaczęła się wizyta po logopedach. Miałem trafić do szkoły dla niesłyszących, ale z jakiegoś powodu stwierdzili, że lepiej będzie gdy trafię do tzw. masówki... może to i dobrze, nie wiem bo w szkole dla niesłyszących jest o wiele niższy poziom nauczania. Niewiele mówiłem, zazwyczaj migałem i tak trafiłem do innych słyszących dzieci... jednak, żeby nie być wyśmiewanym bardzo szybko zacząłem się uczyć poprawnie (w miarę swojej możliwości) mówić i pisać. Tak jak wspomniałem, moi rodzice są niesłyszącymi ludźmi, a ja sam mam jedynie spory ubytek słuchu i bez aparatów słuchowych nic nie słyszę a w aparatach już więcej. No i rosłem, szkolne obowiązki zaczęły mnie przerastać... nie rozumiałem, co nauczyciele na lekcji mówili więc, żeby nie zginąć w jedynkach to musiałem w trakcie lekcji albo i po, spisywać od kolegów. I jeszcze bardziej rosłem, zacząłem kłamać - mówiłem rodzicom co innego, niż co powiedzieli nauczyciele w szkole... nie radzili ze mną więc mnie babcia wzięła pod swoje pachy i zaczęła wszystko kontrolować i była w kontakcie z moimi nauczycielkami, nie zawsze mi się to podobało i nieraz jej powiedziałem przykre słowa z tego powodu. Druga babcia była zawsze za tym, żebym poszedł do szkoły dla głuchych i dali mi w końcu spokój bo życia praktycznie nie miałem - na lekcji siedziałem i nic nie kumałem, nadrabiałem na dodatkowych zajęciach, spisywałem od kolegów itp. i wieczne korki, tak się zleciała podstawówka, później gimnazjum... i pożegnałem się z kumplami, z którymi wszyscy wspólnie dorastaliśmy. Trafiłem do liceum, zupełnie nowi ludzie, nowe otoczenie... popadłem w jakby depresję, a depresję... zajadałem i tak dobiłem do 125kg... Ale zdałem maturę, poznałem paru ludzi w tej szkole i jakoś dałem radę wytrwać. W międzyczasie chrowałem 2x na świnkę, zapalenie opon mózgowych i miałem mega zaległości w szkole, ręce mi opadły normalnie.
No i po maturze, 19lat... dorosłość. Nie wiedziałem dokąd mam pójść, nic... zupełna pustka w głowie. Jednak jest jeszcze COŚ. Już od małego interesowałem się podwodnym życiem i tym co fruwa w powietrzu... więc miałem mini oceanarium w mieszkaniu i małą hodowlę papug, rodzice podzielali się tym zainteresowaniem...także spoko. I dosłownie 2miesiące po maturze, wybrałem się do jednych z większych sklepów akwarystycznych po zakupy i wisiało ogłoszenie, że szukają akwarysty. Coś mnie tknęło, żebym jednak spróbował... nie będę na pewno dobrze obsługiwać ludzi ani tym bardziej odbierać telefonów, ale spróbuję... najwyżej powiedzą, że nie. No i zostałem w tym sklepie na całe długie 5lat. I mega mega ważne, w tym sklepie nauczyłem się rozmawiać z ludźmi, wcześniej miałem z tym spore problemy... a tu mus to mus, nie ma nad czym się zastanawiać bo klient czeka i starałem się poprawiać nad swoją wymową, podejścia do różnych typów ludzi. Jednak pracując w tym sklepie, wyrwałem się na sylwestra... dla niesłyszących, po raz pierwszy w życiu - nikogo tam zupełnie nie znałem, ale wyrwałem i pojechałem, zdobyłem parę ciekawych znajomości z którymi utrzymuję się do dziś od czasu do czasu. I wtedy pewnego wieczoru na czacie, na którego nigdy prawie nie wchodzę - poznałem swoją pierwszą miłość (jest o tym osobny wątek), nigdy ale to przenigdy nie czułem się swojsko i swobodnie jak przy tej osobie, była słyszącą osobą - byliśmy tak ze sobą blisko, do tego stopnia, że po 3 latach chciałem już się jej oświadczyć... ale alkohol pokazał jej inny kierunek, nie udało mi się. Do tego zmieniłem pracę, gdyż sklep musiał zostać zlikwidowany z powodu końca umowy o teren. Znalazłem inną pracę, dalej w tej samej branży i jest to dla mnie mega wymarzona praca. Na początku oczywiście było ciężko, nowi ludzie itp. ale po... 1,5 roku zacząłem łapać z niektórymi kontakt i myślę, że jakoś to pójdzie. Męczy jednak mnie to, że powinienem siebie traktować jako osobę niesłyszącą, bo bez aparatów bym nic nie zrobił... ale w głowie mam taką świadomość, że jestem zupełnie słyszącą osobą bo 99% czasu mówię, migam tylko w domu z rodzicami i ew. na wypadzie z niesłyszącymi znajomymi. No i do tego rozstanie z pierwszą miłością + nowa praca, doprowadziły mnie do skraju załamania. Zamknąłem się znowu w sobie, żyję praktycznie tylko pracą, internetem i ew. hobby. Znajomi jedynie od czasu do czasu, wszyscy są dorosłymi ludźmi i niektórzy idą na ślub, jedni pracują sporo. Do tego miałem niedawno wypadek samochodowy, potrącił mnie samochód na przejściu i to nie poprawiło mi optymizmu... Teraz wręcz jestem przerażony swoją przyszłością, gdyż w niektórych sprawach sobie nie radzę np. z telefonem do kogoś. Znajomych mam niewielu, prawdziwych ale niewielu. W kolejną miłość raczej już nie wierzę. Moi rodzice robią się coraz starsi, dziadka straciłem również w wypadku samochodowym... boję się tego, że w przyszłości będę tak naprawdę zupełnie sam z jakimś psem w domu, żyjąc w pośrodku między 2-ma światami. Próbuję zabezpieczać się finansowo, ale pieniądze to nie wszystko... Kiedyś byłem takim optymistą, poszedłem do tej drugiej roboty po to, żeby ułożyć z nią życie, zrealizować parę wspólnych marzeń i ew. dopomóc swoim rodzicom. A teraz wszystko wydaje mi się bez sensu, stagnacja już trwa grubo ponad pół roku (w lutym wróciłem do rodziców od swojej ex). Niby powinienem namalować obrazek na ścianie, z napisem - będę szczęśliwy chociażbym miał sobie namalować szczęście...