Witam, jestem Karolina. Piszę tego posta, bo sobie nie radzę. Moja historia przypomina wiele innych na tym forum i dotyczy rozstania. Tak więc, zaczynając od początku, z P. poznaliśmy się na studiach, kiedy przeniosłam się na jego uczelnie, ponieważ pierwszy stopień studiów robiłam na uczelni w swoim rodzinnym mieście. Trafiłam do jego grupy i już na początku wpadłam mu w oko. Zagadywał, zaczepiał..dobrze nam się ze sobą rozmawiało, wymieniliśmy się numerami telefonów i tak się zaczęło..Jestem osobą raczej nieufną, do relacji podchodzę z dystansem, muszę najpierw kogoś dobrze poznać, żeby się zaangażować i tym razem nie było inaczej..P. nie był do końca w moim typie jeżeli chodzi o wygląd fizyczny, ale miał coś w sobie co przyciągało, był inteligentny, ambitny, ciekawy świata, zawsze miał dużo do powiedzenia, dusza towarzystwa..a ja szara myszka, raczej spokojna, ułożona, takiej osoby potrzebowałam..P. zabiegał o mnie bardzo, ciągłe rozmowy, spacery, wyjścia..a ja podchodziłam do tego z dystansem, cieszyło mnie to, że ktoś taki jak on zabiega właśnie o mnie, a równocześnie miałam jakąś blokadę, było mi głupio, że nie potrafiłam tego odwzajemnić. Z biegiem czasu zaczęłam się angażować, powoli rodziło się uczucie. Trwało to kilka miesięcy, później zaczęło się coś zmieniać..P. jako, że jest osobą bardzo ambitną, angażuje się w życie uczelni, studiuje 2 kierunki, oprócz tego koło naukowe i samorząd.. na uczelni chociaż jesteśmy razem w grupie nawet ze sobą nie współpracowaliśmy, bo miał parę z kolegą, w ławce ze sobą nie siedzieliśmy, chyba, że to ja się przysiadłam..myślę ok, nie musimy wszystkiego robić razem. Ale coraz częściej zaczęłam zauważać, że P. dba w tym wszystkim tylko o siebie i w większości sytuacji musiałam radzić sobie sama..na egzaminie sama, na kartkówce sama, jedynie w projektach mi pomagał. O wiele rzeczy musiałam się prosić, to co dla mnie było naturalne w relacji pary, dla niego już takie nie było. Wkurzałam się, kiedy o coś prosiłam (chociaż prosiłam rzadko jak np.pomoc na kartkówce) a dostawałam odpowiedź odmowną popartą głupim argumentem "nie, bo ja siedzę z K." po czym i tak razem nie siedzieli. Byle tylko jemu było dobrze. Powiedziałam mu co o tym myślę, obraziłam się i radziłam sobie sama. Sytuacji takich było wiele więcej, większość sobie jakoś tłumaczyłam, odpuszczałam.Oczywiście zdarzały mi się wybuchy złości, czepianie, ale szybko mi przechodziło. Nie myślcie sobie, że chciałam być rozpieszczana i tylko brać, jak mogłam jakoś pomóc, dać coś od siebie to to robiłam, tak po prostu. Czasami miałam wrażenie, że jego potrzeby są na pierwszym miejscu, a ja gdzieś daleko w hierarchii,a dla niego związek JA, TY, MY sporadycznie. Jak już wcześniej wspominałam P. miał dużo zajęć uczelnianych, oprócz tego hobby-gra w piłkę,znajomi, no i ja. P. starał się w tym natłoku organizować przynajmniej 1 dzień dla nas sam na sam, nie do końca mi to odpowiadało, ale cieszyłam się, że mamy przynajmniej tyle. Mimo, że zwykle ten czas spędzaliśmy u niego na mieszkaniu. Kiedy się widzieliśmy poza uczelnią P. był zawsze czuły, troskliwy..mogłam czuć się kochana. I tak mijały kolejne miesiące, obowiązki P. nawarstwiały się,nauka, spotkania ze znajomymi (beze mnie), koło naukowe, wyjazd z chłopakami..wszystko fajnie, cieszyłam się z jego sukcesów, co do wyjść ze znajomymi też nie miałam nic przeciwko, ale w pewnym monecie zaczęło to zmierzać w złym kierunku..nie potrafił z niczego zrezygnować,wszystko było ważne, tylko ja jakoś czułam się odtrącona i zaniedbywana, często stawiał mnie przed faktem dokonanym, ze on się gdzieś umówił, a ja miałam się dostosować do grafiku..coraz częściej się o to gniewałam i kłóciłam..a on po prostu się nie odzywał, ewentualnie przedstawiał swoje racje, bo on przecież jest w porządku..na moje nie reagował. Obrażałam się,czułam się niezrozumiana, jednak za chwilę dla rozładowania ciężkiej atmosfery zaczynałam żartować,rozmawiać normalnie i wszystko wracało do normy, jakby nic się nie stało. I tak sobie trwaliśmy w związku przez około 10 miesięcy. Kiedy się widzieliśmy było cudownie, tylko w sytuacjach takich jak wyżej wymienionych były zgrzyty, sporadyczne. Ostatnia kłótnia przepełniła czarę. Poszło o to, że nie widzieliśmy się przez 2 tygodnie sesji, on się uczył, ja się nie narzucałam,zajęłam się sobą,nie chciałam przeszkadzać. W ostatni piątek sesji P. pojechał na mecz z kolegami, zwykle brał mnie ze sobą, tym razem jednak tego nie zaproponował, myślę ok, pewnie chce odreagować stresy po sesji. Umówiliśmy się na sobotę, miałam do niego przyjechać, ale, że miałam coś jeszcze do załatwienia, wybrałam się dopiero po południu, około 16. Wracam z banku, dzwonie..umówiliśmy się na obiad, że skoczę do sklepu i coś przygotuję, jestem w sklepie, dostaję sms z ponagleniem, bo on wychodzi na urodziny(nie wspomniał nic wcześniej). Zdenerwowana napisałam, że mam dosyć, że widzimy się tak rzadko, a i tak nie jest w stanie zrezygnować z jednego wyjścia, przecież jestem jego dziewczyną. Usłyszałam tylko, że znów się czepiam i tak wyszło. Stałam z pełnym koszykiem zakupów na środku sklepu, ze łzami w oczach jak w amoku. Rzuciłam tym wszystkim i wróciłam do siebie. Dzień ciszy z jednej i drugiej strony, wieczorem zaproponowałam spotkanie, chciałam porozmawiać i znaleźć jakieś rozwiązanie, przemówić mu do rozsądku, że w tym wszystkim też jestem ważna. Po wcześniejszych kłótniach zawsze wracaliśmy do porządku dziennego, ja powiedziałam co mam powiedzieć i odpuszczałam, myślałam, że może wreszcie zaskoczy i da mu to do myślenia. Tym razem postawiłam na szczerą rozmowę..i co..spotkaliśmy się w parku,przywitaliśmy się jak zwykle, nie wiedziałam jak mam zacząć. Zażartowałam 'Co to miało być w sobotę?', odpowiedział coś od niechcenia..i tak szliśmy kawałek w milczeniu, po czym rzucił, że to nie ma sensu. Zgłupiałam, znów łzy napłynęły mi do oczu, dopytywałam, dlaczego tak zdecydował,nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Zdziwiony moją reakcją (myślał, że chcę tego spotkania,żeby zerwać) zaczął tłumaczyć, że nie należy mi się takie traktowanie, że on nie chce tego zrywać, ale robi to ze względu na mnie..a wystarczyło zwykłe 'Przepraszam' i chęć dogadania się,ustalenia kompromisów. Rozeszliśmy się, minęło dwa tygodnie, chciałam się spotkać, miałam nadzieję, że uda nam się dojść do porozumienia, ale nie..okazało się, że na każde swoje zachowanie miał wytłumaczenie i brak czasu z jego strony to nic w porównaniu z moimi kłótniami, pretensjami. Nawet nie starał się zrozumieć. Przez ten czas zbierał sobie każdą uwagę z mojej strony, nie rozmawiając wcześniej o tym ze mną, po czym dowiedziałam się, że byłam w tym wszystkim irytująca i to właśnie moje kłótnie są powodem zerwania. Dopóki na wszystko przytakiwałam, nie wymagałam był mną zauroczony, ot taki ładny dodatek do jego życia. Chciał utrzymać kontakt-burzyłam się, po czym kiedy odpuszczał sama do niego dążyłam. On zachowywał się jakby nic się nie stało, dawał nadzieję i ją odbierał swoją obojętnością. Liczyłam na to, że jak odpuszczę, będę się zachowywać po koleżeńsku to coś się zmieni..nie zmieniło się nic i trwa to już 2 miesiące. Wiem, że moje zachowanie też nie było w porządku,może czasem reagowałam zbyt gwałtownie. Nie wiem już nic.. Ja w rozsypce, nie jem, nie śpię, zachodzę w głowę co zrobić, żeby to naprawić (czuję się winna), a on, żyje sobie w najlepsze. Przepraszałam,chciałam wyjaśnić wszystko i się dogadać,znaleźć kompromisy..uznawał tylko swoje racje. Mimo to, że zachowywał się momentami źle, pamiętam jaki potrafił być, jak chciał, jak się starał, jak zabiegał. Może uznacie mnie za wariatkę, ale nie potrafię go sobie odpuścić..męczę się,tęsknię tym bardziej, że ja też zawaliłam w niektórych kwestiach. Głowię się, że może gdybym była bardziej wyrozumiała, inaczej reagowała to nie doszłoby do tego. Przepraszam,za tak długiego posta, ale musiałam się wygadać. Poradźcie coś.
1 2015-05-12 18:28:30 Ostatnio edytowany przez Carmen_Dell (2015-05-12 18:42:19)
Podobne tematy
Schemat... u mnie było podobnie i jedyne wyjście w takiej sytuacji to odpuszczenie sobie.
3 2015-05-12 20:06:28 Ostatnio edytowany przez Carmen_Dell (2015-05-12 20:09:59)
Nie da się takiego typa podejść, żeby zechciał współpracować? Może ja mam złe podejście? Dla mnie te kłótnie to nie powód do rozstania, szczególnie w tak młodym związku, kiedy para się 'dociera'. Co innego, gdyby była zdrada, kłamstwo, brak uczuć. A tego nie było. P. mówi, że mu zależało, to rozstanie to nie kwestia uczuć, że chce utrzymać kontakt, ale nie chce, żebym była jego koleżanką. Mam wrażenie, że jemu tak po prostu łatwiej zostawić niby 'bliską' osobę, bo nie trzeba się starać i coś zmieniać w sobie, najlepiej, żeby wszystko było na jego warunkach, wtedy byłby szczęśliwy. Tak się nie da. Nie potrafię tego zrozumieć..przez ten czas wysyłał bardzo sprzeczne sygnały, widząc mnie na uczelni uśmiechał się, rozmawiał ze mną, wypytywał o moje sprawy, raz nawet czule się ze mną pożegnał. Czasem pisaliśmy sms, umawialiśmy się na spotkanie, po czym mówił, że 'chce, ale nie ma czasu, nie może', zapewniał, że nie widzi przeszkód, ale do spotkania jednak nie dochodziło. Miałam do odebrania u niego rzeczy, ale się powstrzymywałam, licząc, że coś się zmieni. Po dość długim czasie od poprzednich rozmów zaproponowałam spotkanie, miałam dobry humor, pogoda ładna..dostałam odpowiedź, że wychodzi na grilla..napisałam, że przyjadę po rzeczy..jak byłam na miejscu, on jakby nigdy nic..ja smutna..zarzucił mi 'focha'. Nie wiem..czy ja jestem nienormalna i źle reaguje,ale taka sytuacja to raczej nie powód do uśmiechu..po czym napisał mi, że zastanawiał się nad spotkaniem ze mną, ale go tylko potrafię zdenerwować-tym, że jestem smutna. I od tej pory cisza..już 2 tygodnie, ja też nie piszę, czekam. Gubię się w tym jego 'nie wiem czego chcę'..może to był błąd z tym przyjazdem po rzeczy..może gdybym jeszcze chwilę zaczekała..? :<
Facet szukał szarej myszki i znalazła, zaczęłaś prosić łaskawego Pana o uwagę to się rozmyślił. No i można by pisać o zaniżonym poczuciu wartości, tego w innych wątkach jest mnóstwo. Zapomnij o tym gościu, bo on widzi czubek własnego nosa. Do studiowania lektura forum.
Chyba faktycznie coś jest nie tak z moim poczuciem własnej wartości. Brzydka nie jestem, określiłabym się nawet jako ładna, bo podobam się chłopakom, także to nie kwestia urody,raczej sposobu bycia, nie wyróżniam się. Staram się być sympatyczna, do każdego podchodzę przyjaźnie,ale nikomu na siłę nie nadskakuję, nie udaję kogoś 'przezajebistego' w towarzystwie. Jeżeli z kimś już buduję relację to na poważnie i nie rzucam tego przy byle zgrzycie. Przykro, że za dobre chęci dostaje się po d.pie.
Dokładnie, nie ma się co rozpisywać na ten temat, ponieważ na forum znajdziesz setki podobnych, o tym samym scenariuszu, jestem tego przykładem z tym, że ja już ze swoim chłopakiem mieszkałam. Powinnaś zacząć doceniać to, że tak szybko ujawnił przed Tobą swoje prawdziwe oblicze.
Głowię się, że może gdybym była bardziej wyrozumiała,
O nie, Moja Droga, Ty byłaś ZBYT wyrozumiała
Inaczej on by tyle z Tobą nie zabawił i fajnie, że zaczynasz przecierać oczka i widzieć co to było.
Egoista i nadęty buc - nie było szans od początku.
Czuj się totalnie rozgrzeszona
Poważnie!
A ja to widzę trochę z tej strony co była u mnie, będąc bardziej ambitną "połówką"...
Bardzo mi uprzykrzał życie kłótniami a zdanie "cieszę się z jego sukcesów" to brzydkie, bardzo brzydkie kłamstewko.
To przejaw własnych kompleksów i tego, że samemu nie jest się zbyt przebojowym, co nie znaczy, że JEST SIĘ ZŁYM, bo ile ludzi, tyle charakterów.
Na wszystko reagował kłótniami i samoistnie się od niego odsuwałam, widać też było jego dużo mocniejsze zaangażowanie.
Naprawdę bardzo dużo kłótni o nic, też byłam nie fair, ale to później samo szło napędzane przez niego. Też uważał, że jest ok bo powinien być najważniejszy. Był przez 90% czasu, ale nie potrafił pojąć tych 10.
Tak, tak, macie rację, rozum mi podpowiada to samo, tylko serce się głupio wyrywa. Zresztą same wiecie jak jest..wydaje Ci się, że trafiasz na ideał. W jeden dzień jesteś jej słońcem, na drugi mało znaczącym człowieczkiem. To niepojęte. Przeżywam, bo myślałam, że trafiłam na na prawdę wartościową osobę, porządnego faceta. Jeszcze nikt się o mnie tak nie starał jak on i to mnie w nim urzekło, ta troska, to zaangażowanie.
Egoista i nadęty buc-bo jedynak,synuś mamusi,zawsze chwalony-wcześniej nie chciałam tego zauważyć, tłumaczyłam, że przecież nie jest typowym jedynakiem, bo to..bo tamto.. (Ha Ha)
Ale patrząc w przyszłość wiem, że nie chciałabym być traktowana jako dodatek w czyimś życiu, chcę być jego częścią.
Chociaż nie życzę mu źle, ale skrycie liczę na to, że kiedyś trafi na osobę, która utrze mu ten jego nosek i doceni, poszanuje uczucia drugiego człowieka.
malinowysorbecik: Tylko , że oni się spotykali raz na 2 tyg., a facet nawet wtedy nie czuł potrzeby by wybrać spotkanie z nią zamiast z kolegami. Zachowajmy jakieś proporcje z tymi ambicjami, życiem zawodowym i wszystkim.
To nie jest tak, że każdy ambitniejszy partner w parze codziennie przeszczepia serce
to sa zwykle wybory na zasadzie co mi sprawia większa przyjemność w danej chwili i nie ma w tym nic złego, jasne. Dopóki mieszkając np. 10 min. obok siebie, czy w tym samym mieście ludzie nie widzą się tygodniami..
Są pewne priorytety w życiu, jednym z nich powinna być osoba, z która jestem. Jeśli tak nie jest to coś jest nie tak.
Malinowysorbecik
Może byłam tą mniej ambitną połówką, ale przy nim czułam się zmotywowana do działania. Nie zazdrościłam mu jego sukcesów,byłam dumna. Nie myśl sobie, że nie miałam swojego życia, swoich zainteresowań, swojego towarzystwa. Owszem miałam podczas związku i mam teraz. Ale wydaje mi się, że akurat te rzeczy można ze sobą dzielić. Nie wiązałam go sobie przy nodze, nie musiał być na każde moje zawołanie, ani dzielić ze mną wszystkich swoich pasji, całego swojego czasu. Uważam, że w związku mimo wszystko każde z partnerów powinno mieć swoją przestrzeń,też nie jestem typem osoby, która lubi być przez kogoś przytłoczona-wprost przeciwnie. Partner ma być CZĘŚCIĄ życia a nie CAŁYM ŚWIATEM, ale przede wszystkim powinien być ważniejszy niż niejeden kolega. Przynajmniej taką mam definicję zdrowego związku.
Absolutnie się nie wybielam. Zgodzę się z tym, że niektóre kłótnie były niepotrzebne, może czasami reagowałam zbyt emocjonalnie, ale jak zwracałam na coś uwagę normalnie, odbierał to jako zarzut i moje czepialstwo, czułam się momentami niezrozumiana. Więc zamiast mówić wprost (bez kłótni)-odpuszczałam, to był błąd bo jak mi się nazbierało to wybuchałam. Widocznie muszę się nauczyć kontrolować swoje emocje i lepiej je wyrażać. PRACUJĘ NAD TYM.
Zdaję sobie też sprawę, że mógł być sfrustrowany, że się na swój sposób starał, coś mu mogło też nie pasować, ale wystarczyło porozmawiać, usłyszeć też argumenty 2giej strony, spróbować znaleźć rozwiązanie zadowalające oboje, a nie rzucać wszystkim od tak.
12 2015-05-12 23:13:21 Ostatnio edytowany przez Carmen_Dell (2015-05-12 23:18:20)
Nie, nie chodzi o to, że spotykaliśmy się raz na 2 tygodnie to była sytuacja jednorazowa- miał ciężką sesję, o czym wiedziałam i nie zawracałam mu głowy. Ale chyba zrozumiałe jest, że po takim czasie liczyłam chociaż na 1 dzień tylko dla mnie? Bywały tygodnie, że widzieliśmy się 2 dni, piątek, sobota, w zależności też od tego czy pracowałam na weekendzie i czy on nie miał nauki. W kwestie nauki nie ingerowałam, bo wiedziałam, że są dla niego ważne i faktycznie ma ciężko! Ale znów bez przesady.. ze mną się nie raz nie miał czasu spotkać,planując imprezę musiałam się zapowiadać dużo wcześniej,żeby znalazł czas.. ale spotkania ze znajomymi nie odpuścił. To jest przykre. Jak już nie chciał odmawiać to mógł czasem wziąć mnie ze sobą-byłoby miło. Jeżeli chodzi o te urodziny, o których mowa- jak mówił mi wcześniej, że ma takie a takie plany to nie robiłam problemów z tego tytułu (tak było chociażby tydzień wcześniej na weekendzie-był, posiedział, okej, jeszcze doradzałam co do prezentu).
Kwestia chęci i priorytetów.
No dokładnie. Wygląda na to, że się "odkochiwał" już jakiś czas temu, ale nic nie mówił, aż doszedł do punktu krytycznego, że nic już nie czuł, dlatego tak łatwo było mu odejść.
A trzeba przyznać, że poszło mu to bardzo łatwo..
14 2015-05-12 23:40:20 Ostatnio edytowany przez Carmen_Dell (2015-05-12 23:43:34)
To czy się odkochiwał już od jakiegoś czasu.. hm..nie wiem, do ostatniego dnia tego nie odczułam,myślę, że nie chodzi tutaj o uczucia. Na prawdę jak się widzieliśmy sam na sam to potrafiliśmy się cieszyć sobą, czułam się ważna w tych chwilach,kochana. Zresztą jego gesty podczas i po rozstaniu go trochę zdradzały- w ostatniej chwili się np. powstrzymywał, żeby mnie nie pocałować na pożegnanie, tylko taki gest ręką po moim ramieniu i nagle wycofanie się, jak zrywał to mnie przytulał i całował. Jak zaczynaliśmy się spotykać miał mniej obowiązków, później jakoś tak sobie tego nazbierał..i chciał pogodzić wszystko na raz, stąd ta frustracja-bo jak stwierdził podczas jednej z rozmów, nie będzie robił czegoś co mu nie wychodzi (szkoda, że akurat ze mnie zrezygnował), starał się, a wychodziło jak wychodziło.
Boli mnie właśnie to, że nie powiedział mi wcześniej, że coś mu też nie pasuje, może starałabym się bardziej. W tym momencie to tylko moje gdybanie, co by było gdyby, co mogłam zrobić,a nie zrobiłam..czasu nie cofnę..
I nie, nie oceniam go jako złego faceta, bo jak chciał to potrafił coś od siebie dać, na prawdę potrafił. Nikt nie jest idealny, ani ja ani on..ale ludzie uczą się żyć ze sobą, akceptują swoje niektóre wady i starają się, nad sobą pracować tak, żeby było im ze sobą dobrze. Szkoda tylko, że nie chce nic zmieniać, nic naprawiać,nie dążyć do porozumienia.
Dla niego miało być zawsze idealnie, jak na początku, ale samo, bez pracy nad tym się nie obejdzie.