Nie wyobrażacie sobie tego nawet, jak mi jest ciężko w ogóle zacząć pisać o tym, co mi doskwiera.
Na ogół prowadzę dobre życie towarzyskie. Ludzie darzą mnie szacunkiem, jestem lubianym zwłaszcza przez kobiety, a w dodatku cieszę się zaufaniem wśród ludzi. Jestem sejfem, który kryje w sobie mnóstwo tajemnic ludzkich. Staram się każdego wesprzeć duchowo, jeśli ktoś ma problem. Ale gdy ja potrzebuję wsparcia duchowego, to zasadniczo nie mam się do kogo zwrócić. Jestem nieufny w stu procentach, dlatego muszę zachować anonimowość i wygarnąć co nieco na forum internetowym. Nieraz się zawiodłem, dlatego staram być się ostrożny.
Mam 25 lat i brak mi kogoś bliskiego, z kim mógłbym spędzać miło czas, przed kim mógłbym się otworzyć, a dodatkowo poczuć się kochanym. Jestem nieśmiały, nie umiem rozmawiać o uczuciach z kobietami, powiedzieć tego co tak naprawdę czuję, czyli automatycznie jestem pozbawiony odwagi, mimo przełamań, ale zawsze coś mnie blokowało od środka. Stąd też nie byłem nigdy w poważnym związku, prócz romansów, które wywiązały się z głupoty i liczyłem na coś więcej, ale zawsze tak się działo, że kończyło się to fiaskiem i z ranami kutymi na sercu. Kobiety zmieniały do mnie nastawienie o 180 stopni, zmieniały się relacje na chłodniejsze, a kontakty z nimi ostatecznie wygasły. Nie uważam, że robiłem coś złego, chociaż niewykluczone, że podświadomie. Może pokazywałem, że mi zależy? A to podobno odstrasza. Trzeba w końcu króliczka łapać, ale bez rezultatu złapania. Wieczna taka gonitwa. Rozumiecie? Może jestem też nudny? Mam obniżone przez ostatnie czasy poczucie własnej wartości. Boję się głupio odezwać, mam pustkę w głowie i nie umiem nawiązać już ciekawego dialogu. Mam poczucie humoru i umiem dobrze kogoś rozweselić, ale za bardzo się na tym koncentruje przez co wydaję się nienaturalny. Też powód? Ano. Ostatnio się spotykam regularnie z kobietą, która pokazywała do czasu sygnały zainteresowania, wydawała się być niezbyt rozluźniona, bawiła się włosami, biżuterią i dosuwała się, dotykaliśmy się przy rozmowie flirtując. Coś zaczęło umierać. Może nie wyraziłem jakiejś inicjatywy? Znajomi mi mówią, że coś się między nami kroi. Sami dawali jej do zrozumienia, że coś się dzieje, ale ona zaprzeczała i powiedziała, że mnie tylko lubi. Gdy się o tym dowiedziałem, to dla mnie był fail. Nie mam zamiaru tkwić w jakimś 'friendzone'. To okropne, ale mam poczucie winy, że sam sobie to zgotowałem, że nie zareagowałem w porę, ale chciałem bardziej wychwycić temat i nie złapać tak szybko tego przysłowiowego króliczka. Też mam wrażenie, że może za dużo spędzamy razem czas. Nie powinienem się odsunąć? Mam wrażenie, że też się narzucam. Jestem zaślepiony i nie umiem realistycznie myśleć. Trafiło mnie.
Nie wiem jak z nią porozmawiać. Tremę mam niesamowitą, chociaż wiem, że to bardzo delikatna i sympatyczna osoba, która jest też zrównoważona i całkiem poważna. Może sami ocenicie?