Witam Was drogie kobiety.
Sprawa jest rzecz jasna prosta - chodzi o faceta. Jestem z nim w związku prawie 4lata (ja mam 22l. on 23l.) i czasem przychodzą chwile, gdy mam wątpliwości, czy to aby na pewno z nim jest mi pisane życie. Kłóciliśmy się przez ostatni rok bardzo rzadko, w sumie w ogóle, o same bzdety. Po każdej drobnej, czy sporej kłótni robiłam sobie taki rachunek, czy tak ma wyglądać z nim moje życie, czy będę w stanie zaakceptować to, że nigdy nie zjawi się na umówioną godzinę, że wszędzie będzie się spóźniał, że nigdy o nic się dla mnie nie postara...
Miałam milion myśli w głowie i dziś też tak mam. Tydzień temu pokłóciliśmy się.. Nie miał w ogóle dla mnie czasu, więc stwierdziłam, że lepszy byłby dla mnie facet, który ma ustalone godziny pracy robi od tej do tej, a później ma czas dla mnie. U nas natomiast jest inaczej. Nie mieszkamy razem, dzieli nas ok.12km. On pracuje ze swoim ojcem w domu, od 6 rano do prawie północy. Więc stara się zawsze napisać choć sms-a w ciągu dnia, żebym wiedziała w ogóle czy żyje.
Wszystko zaczęło się wczoraj. Jego rodzina pracuje w Niemczech i potrzebne były dodatkowe ręce do pracy, więc on, jego brat i narzeczona brata mieli dziś tam wyjechać. Troszkę dziwiło mnie, że chcą zabrać jego brata narzeczoną, po której od razu widać, że w życiu nawet łopaty w ręce nie trzymała... Chłopak stwierdził, że skoro ja jestem na stażu, to nawet nie będzie pytał mnie czy nie uda mi się załatwić wolnego i pojechać...
a warto dodać, że zawsze chciałam, żeby mnie tam zabrał, żebym coś sobie dorobiła, zobaczyła też inny krajobraz. Późnym wieczorem okazało się, że ta cała narzeczona na pewno nie pojedzie, bo nie i tyle.
Więc nie chciałam się narzucać. Dopiero, gdy chłopak ode mnie pojechał napisałam mu, że bardzo bym chciała im tam pomóc i też jechać, tylko że i tak nic dziś nie załatwię z moim stażem. Stwierdził, że to nie jeszcze nic pewnego z tym dzisiejszym terminem i może w niedziele wyjadą.
Gadałam dziś z rana z rodzicami, wszytko ustalałam, że tylko tydzień mnie nie będzie, że w sobotę pójdę do szefowej, będę ją błagać, żebym mogła to odpracować w soboty.
Byłam w stanie góry przenosić, żeby tam pojechać.
A on i jego rodzina nie zrobili nic... Wyjechał sobie dziś z bratem, napisał, że mu przykro, nic nie dało się zrobić.
Czy to normalne? Czy ja mam się teraz dobrze po tym czuć? Za tydzień jego brat ma komunię i jego nie będzie, bo musi być na uczelni... Ja kupiłam już prezent, byłam pewna, ze razem idziemy i oczywiście dowiedziałam się niedawno, że jego nie będzie. Cały czas wystawia mnie do wiatru. Jak ja teraz na tej komunii będę wyglądać przy jego rodzinie? Jak jakiś kozioł ofiarny.
Czy powinnam przystopować, odpuścić sobie, absolutnie nie wyciągać pierwsza ręki?
Nie wiem co robić. Zostałam teraz z tym wszystkim sama...