Ostatnio coraz bardziej doskwiera mi samotność, nie wiem skąd się to wzięło. Nigdy wcześniej to uczucie nie było tak silne. Tylko sam nie wiem czy potrzebuję miłości, czy tylko, a może aż, przyjaciela. Miłość przyjdzie sama, choć trzeba jej pomóc. Natomiast przyjaciele sami się raczej nie znajdą. Może to wszystko przez to, że w źyciu nie miałem prawdziwego przyjaciela. Zawsze trzymałem wszystkich na dystans, ale ostatnio otwieram się na ludzi. Zauważyłem, że dużo łatwiej jest mi otworzyć się przed płcią przeciwną, tzn. dziewczynami. Czasami chciałbym z kimś po prostu porozmawiać, a nawet mieć się do kogo przytulić. Ale jak tylko złapię z kimś kontakt, to po kilku dniach koniec, o ile sam się nie odezwę, nie mam co liczyć na kontynuację znajomości. Nie wierzę, że jestem aż tak nudny... Zawsze staram się urozmaicać rozmowę i jestem otwarty na każdy temat, chętnie też wysłuchuję innych i zawsze staram się pomagać. Mimo tego nikt nie chce się do mnie odezwać. Co dopiero mówić o bliższej przyjaźni, przytulaniu...
Nieco z innej beczki. Codziennie mijam tyle pięknych dziewczyn, takich szarych myszek, skromnych, nieśmiałych, dużo z nich na pewno jest samotna, to samo każda z nich może powiedzieć, że mija tylu fajnych i prawdopodobnie samotnych gości. Zastanawiam się, jak dotrzeć do takich dziewczyn. Już pomijam moją nieśmiałość. Powoli jakoś to zwalczę, ale boję się, że taka dziewczyna się mnie wystraszy. Wiem, że Internet wtedy pomaga, ale trzeba wiedzieć kiedy z niego wyjść. Tak mało osób decyduje się odpisać, a co dopiero poznać kogoś na żywo. A rozmowa przed spotkaniem przez Internet pomaga się wstępnie poznać.
Przepraszam z góry jeśli to co napisałem nie jest zwięzłe. Jestem zmęczony ale nie byłbym w stanie zasnąć, gdybym z siebie tego nie wyrzucił. Paskudne uczucie ta samotność.
Dziękuję