Witam serdecznie,
Po 2 latach zwiazku dziewczyna mnie "olala" i tak sie rozstalismy.
Bardzo mi zle z tym, przez ostatnie 2 dni jest mi jakby gorzej, nie radze sobie.
Mam 24 lat , pracuje i jeszcze nie dawno studiowalem zaocznie. Jakies 3 tygodnie temu obronilem tytul inzyniera.
Moja dziewczyna - 20 lat , zaczela studia dzienne dlatego tez zamieszkala z kolezankami na stancji.
Przez te 2 lata co bylismy razem malo kiedy wychodzilismy na imprezy, naprawde nie mialem ochote wychodzic do klubow, wolalem z nia wyjsc np na obiad.
Kazda wolna chwile poswiecalem dla nie zrezygnowalem z znajomych, bylem przy niej,nawet jak byla chora zostawalem u niej na noc. Ogolnie w wekendy zawsze zostawalem u niej na noc. 6 tyg temu zaczela mi pisac ze musi zostac na stancji bo ma duzo nauki. Powiedzialem ok- poucz sie a na nastepny weekend sie zobaczymy. I tak juz zostalo... powiedziala ze musi sie wyszalec, ze nie ma ochote siedziec ciagle w domu.
a my nie siedzielismy tylko w domu...ok , bylem na nie jesli chodzi o imprezy ale chodzilismy na basen, czasem do znajomych, do kina. Jak cos potrzebowala ode mnie to mogla liczyc na mnie. Jezdze na delegacje do Niemiec,jak wracalem to zawsze jej przywozilem slodycze ktore uwielbiala. Nie pisze o tym bo jest to cos wielkiego, chodzi mi o to ze o niej pamietalem... Robilem to z checia by sie usmiechnela. Zawsze o niej pamietalem,dzwonilem, pisalem. Nawet jesli sie nie widzielismy, nie chcialem by czula sie samotniw. Myslalem ze najwazniejsze jest by dla siebie byc . Tak nagle okazalo sie , ze imprezy sa wazniejsze niz ja... ze jestem do kitu.
Ja sie pytam, dlaczego. Mam wyrzuty ze nie chodzilem z nia na te imprezy... Tydzien temu napisalem jej ze nie umiem o niej zapomniec a ona nic... Najchetniej bym do niej teraz napisal ze mi jej brakuje, ale nie chce sie juz ponizac... Musze to zaakceptowac, choc to takie ciezkie.
Napisalem moja historie w wielkim skrocie, przepraszam za bledy, ale nawet nie moge sie skupic nad tym co pisze.