Miałam szczęśliwe życie, realizowałam swoje marzenia, nigdy niczego mi nie brakowało. Aż nagle stanęłam przed trudnym dla mnie wyborem...
Z mężem znamy sie od 10lat(3 lata po ślubie) Był on moim pierwszym partnerem pod każdym względem przez co nie miałam czasu się ,,wyszaleć,, . Tworzyliśmy super związek, mamy wspólne pasje i dobrze się dogadywaliśmy. Jest on starszy odemnie o 9 lat przez co zawsze czułam, że traktuje mnie nieco z góry, jak córkę. Większość naszego związku spędziliśmy na odległość, mieszkaliśmy w osobnych miastach a później on wyjechał do pracy i przyjeżdżał co miesiąc na 2 tyg. Relacje zepsuły sie około 5 lat temu. Mi coraz bardziej zaczęły przeszkadzać jego zaczepki, rozkazywanie oraz brak ciepła którego tak bardzo mi brakowało, była już wizja rozstania ale po częstych rozmowach, jakoś to szło dalej. Zawsze naszą pasją były podróże, wiec pewnego dnia zwolniliśmy się z pracy i przez 1,5roku objechaliśmy kulę ziemską rowerami. Wiem...to był wspaniały wyczyn, który powinien nas jeszcze bardziej związać...ale tak nie było. Nigdy nie spędziliśmy tyle czasu razem i to 24h/dobę w często bardzo trudnych warunkach. Psuć konkretnie zaczęło się sypać w Ameryce Południowej. Tam poczułam męskie ciepło, faworyzowanie i komplementy których mój mąż nigdy mi nie prawił...
Wielokrotnie dochodziło tam miedzy nami do kłótni, wręcz na noże, pełne wyzwisk, obrażania i poniżania...wiele razy rozstawaliśmy się na ulicy i każde jechało w swoja stronę, moje uczucia wygasły i traktowałam go jak robaka. Pod koniec wyprawy poznaliśmy Polaków z którymi spędziliśmy 2 tygodnie. był wśród nich jeden chłopak, Leszek który jak sie okazało mieszka w Polsce 30km od mojego miasta ![]()
Zaiskrzyło miedzy nami i od razu po powrocie do PL zaczęliśmy sie spotykać. Wizja rozwodu była nieunikniona, mąż bardzo go chciał, nienawidził mnie i zamieszkaliśmy osobno w ronych miastach. Przez 3 tygodnie spotykałam sie bardzo intensywnie z Leszkiem poznanym w Boliwii. Był bardzo czuły, delikatny, spędziliśmy razem noc (do stosunku nie doszło). Byłam bardzo szczęśliwa, czułam motyle w brzuchu i niesamowitą ulgę , ze jestem sama do momentu kiedy nie odezwał sie mąż... przez 3 tyg zrozumiał ze nie potrafi bezemnie żyć, tyle razem przeżyliśmy, tyle wspomnień. przyjechał do mnie z kwiatami i ze łzami w oczach chce walczyć o małżeństwo.
I tu sie zaczęły schody.... Leszek niczego mi nie obiecywał, zamknięty w sobie jesli chodzi o mówienie o uczuciach (pokazywał to w czynach przytulając mnie na każdym kroku, chodząc ze mną za rękę i patrząc na mnie jak w obrazek) chociaż spędzaliśmy ze sobą całe dnie nigdy nie mówił o swoich planach w stosunku do mnie. Mąż obiecuje poprawę, chce o mnie walczyć i to widać... groził Leszkowi żeby sie wycofał, że jestem mężatką itp... W między czasie pojechałam do męża...pogadaliśmy i Leszka chyba trochę przerosła ta sytuacja bo czuje dystans z jego strony, odrzucił mnie i to wyraźnie.
A ja zostałam z mega dylematem...czy walczyć o maleństwo i starać sie na nowo pokochać męża, czy może zaryzykować i zacząć coś od nowa z Leszkiem.