Jestem mężczyzną, a właściwie chłopakiem. Trafiłem na to forum przypadkiem i mam nadzieję, drogie kobiety, że żadna z Was nie ma mi za złe, że dodałem się do Waszej społeczności.
Od dziecka mam pragnienie poznać kobiety, zrozumieć je, zbadać. Dochodzę jednak do wniosku, że to raczej niemożliwe.
Jednak, mam problem, a że widzę jak wiele dajecie odpowiedzi innym zagubionym , zranionym kobietom, postanowiłem spróbować. W końcu nie mogę nic stracić, a może wiele zyskam.
Mam 22 lata i jestem od 9 miesięcy z pewną dziewczyną. W sumie, byłem do wczoraj:(. Byłem już w związku 3,5 roku, ale to co poczułem dzięki tej Małej, Słodkiej i Wrednej istocie to coś niewyobrażalnego!! Ona ma 18 lat, pochodzi z rodziny biednej, delikatnie mówiąc patologicznej. W sumie nie ma sensu jej opisywać, poza faktem, że bardzo szybko się denerwuje...
Po pierwszym miesiącu razem, okłamywała mnie, spotykała się z byłymi, robiła wszystko tak, jakbym był dla niej nikim. Gdy dochodziło do poważnej rozmowy, kpiła sobie ze mnie, traktowała mnie jak szmatę. Oskarżała mnie o każdy problem, aż po 3 miesiącach powiedziałem sobie dość. Raz zobaczyła mnie na imprezie jak tanczyłem (tylko tańczyłem) z jej kol, ogarnęła ją straszna zazdrość. Wyzywała mnie na drugi dzień, mówiła, że moje słowa są puste itd. Dwa dni później już płakała w moich ramionach i przepraszała mnie za wszystko, mówiła, że wie, że postępowała źle, ale zrozumiała, że bardzo jej na mnie zależy. Uwierzyłem, wybaczyłem....bo miałem jakąś taką wiarę w Nią i ten związek. Chciałem być przy Niej i jej pomagać. Od tego momentu było coraz lepiej, pojawiły się jeszcze pewne karygodne błędy z jej strony, ale zawsze wybaczałem i jakoś starałem się jej wytłumaczyć, że miłość polega na tym, żeby dać drugą szansę, gdy ktoś żałuje całym swoim sercem. Tak rozstawaliśmy się jeszcze kilka razy, na krótko. Nigdy jej nie zdradziłem, nigdy nie okłamałem, chyba, że chodzi o jakąś tyci, tyci drobnostkę.
Ostatnio zaczęliśmy się kłócić, rozmowy znów stały się nieprzyjemne, u niej w domu atmosfera się pogorszyła. Każdy problem o którym chciałem pogadać kwitowała odzywkami typu:
helloł, ehe, ehe, jasne, itd. Sposóby niszczenia mojej psychiki opanowała idealnie. Starałem się jej wytłumaczyć, że im gorzej mnie traktuje, tym mi trudniej się uśmiechać i rozmawiać o innych rzeczach niż te poważne...nie docierało.
Ostatnie 3 dni, były już lepsze, zaczęliśmy się znowu razem śmiać...przytulać..jak to normalna para:D aż tu nagle ona wyskakuje z tekstem:
"Zostańmy przyjaciółmi"
Opadłem z sił, z wiary, z nadziei...co mam robić? Ona zabiega o to, żebym nie zrywał kontaktu, żebyśmy byli przyjaciółmi, mówi, że może do siebie wrócimy.
Główny powód? to że kłócimy się bez przerwy o bzdury. O zazdrość, o to, że ona pali, o to że nie gadamy na wesoło, o wypady do jej kolegów i wyjazdy na mecze w tajemnicy.
Ogólnie, pragnę z Nią być...ale nie wiem co robić....