Witam,
Od pewnego czasu spotykam się z nieco starszą od siebie kobietą (ja 25 ona 27). I wszystko było pięknie. Randki, kino, kolacje itd.
W końcu sama mnie pocałowała, a ja byłem najszczęśliwszy na świecie. No i dochodzimy do sedna...
Po iluś takich spotkaniach w końcu wypaliłem z pytaniem - do czego zmierza ta znajomość ? Bo całowaliśmy się itd ale ona nie uznawała mnie za swojego faceta, nie chciała się ze mną trwale związać, cały czas do mnie mówiła per kolego, co mnie okropnie wkurza. Odpowiedziała, że nic nie może mi obiecać, że jest miło,fajnie, ale ona nie umie się określić. I potem znowu to samo. Spotkania, pocałunki, ale trwałego związku brak.
I tu moje pytanie- czy ona się mną bawi? Czy jest sens walczyć z nadzieją, że jednak zmieni zdanie i trwale się ze mną zwiąże?
Nie muszę dodawać chyba, że każde kolejne spotkanie mnie okropnie pogrąża, bo ja oczekuję stabilizacji w życiu, a ona to w sumie nie wiem czego i wracam z dołem wielkości rowu mariańskiego.
Wybaczcie nieskładne pismo, ale dalej szarpią mną emocję.
Pozdrawiam