Witam.
Przyznam szczerze,że sam jestem zaskoczony,że zdecydowałem sie szukać porad na forum kobiecym
Zaczynam jednak rozumieć,że stoje w swoim małżeństwie pod murem,którego nie jestem w stanie pokonać ani obejść.Postaram sie w miare sensownie opowiedzieć co i jak - bedzie to niezmiernie skomplikowane.
Znamy sie od 15 lat - małżeństwem jesteśmy od 10.Jak chyba w każdym mieliśmy swoje wzloty i upadki.Pierwszy poważny kryzys mieliśmy 3 lata temu.Wydawało sie,że po jego zażegnaniu nasz związek zaczął funkcjonować znacznie lepiej.Teraz mam coraz wieksze wątpliwości czy tak faktycznie jest i czy warto to ciągnąć dalej.
Niecałe 2 lata temu umarł mój ojciec - zabił go alkohol,a raczej uzależnienie z którym nie potrafił wygrać.Przez długi czas nie potrafiłem sie pogodzić z tym,że nie zrobiłem wszystkiego żeby go uratować.Niezauważalnie dla mnie zacząłem sie pogrążać - jak to nazwałem po czasie - w "odmetach szaleństwa".W końcu na prośbe żony zdecydowałem sie na terapie i faktycznie trafiłem na znakomitego psychologa,który pomógł mi wyjść na prostą i wrócić do świata żywych.Na ostatnim spotkaniu rozmawialiśmy na temat moich planów i tego jak układa sie moje małżeństwo i jak bardzo zależy mi na mojej żonie.Pamietam jednak dokładnie to uczucie jakbym okłamywał samego siebie i terapeute mówiąc o miłości.Im wiecej czasu mijało tym bardziej zdawałem sobie sprawe,że coś jest nie tak.
Od tamtego dnia mineło pół roku.Według mojej żony mimo,że kłócimy sie coraz cześciej o byle głupote - wszystko jest nadal w prządku.Coraz cześciej wole sie wycofać i nic nie mówić,bo o poważnej rozmowie nie ma co marzyć - "znowu wyolbrzymiasz" to ulubiony tekst mojej żony,kiedy próbuje zwrócić jej uwage,że to nie jest tylko kolejna sprzeczka,a wyraźny sygnał,że nie potrafimy sie dogadać nawet w najprostszych sprawach.Przerabialiśmy ten schemat już kilka lat temu i wtedy prawie zakończyło sie to rozpadem małżeństwa.Teraz czuje,że brak w naszym związku uczucia - przynajmniej z mojej strony,aby walczyć o swoją drugą połówke.Zaczynam być przekonany,że to co nas łączy to typowe przyzwyczajenie i nic poza tym.
Faktycznie z mojej strony wieje ostatnio chłodem - mam duże opory w okazywaniu uczuć i potrzeby bliskości.A raczej gdy to robie to mam wrażenie jakbym sie zmuszał.Coś w rodzaju rytuału czy obowiązku.Mówi sie,że dzieci są zwierciadłem naszych dusz - czasami jakbym widział swojego ojca i matke,którzy połowe swojego małżeństwa tkwili w przedziwnym impasie miedzy nienawiścią,a miłością zanim sie rozwiedli.U nas nie ma tej nienawiści,ale dostrzegam coraz bardziej zachowania,które widziałem u ojca,który potrafił być "nieobecny" duchem przez dni,a czasami tygodnie.Od dziecka pamietam,że rodzice walczyli ze sobą i jednym z ich argumentów było to,że powinni byli sie rozwieść zaraz po ślubie.Zastanawiam sie czy ja nie podążam dokładnie śladami swojego ojca.
Sam nie wiem jak to możliwe,ale seks przestał praktycznie istnieć.To moja wina,bo przyzwyczaiłem przez lata małżeństwa żone do tego,że byłem tym,który zawsze proponował i urozmaicał świat doznań.Jakiś czas temu kiedy zaproponowałem żeby ona przejeła "stery" - chociaż co pewien czas.Niestety okazało sie,że bez mojej inicjatywy nic z tego nie bedzie.Teraz mamy taką sytuacje,że kochamy sie raz na miesiąc i jest to raczej odrabianie "pańszczyzny" z mojej strony - powiedzmy,że nie wzbudza już we mnie radości tekst w stylu "mam ochote na seks" Nie mam co udawać,ale czuje sie dokładnie tak jakbym stał sie seksualnie oziebły.Zawsze uważałem,że to nie jest możliwe u zdrowego meżczyzny i fizjologii nie da sie oszukać.A jednak bardzo sie myliłem,bo seks jest ostatnią rzeczą,która mnie interesuje.Ktoś mógłby powiedzieć,że zawsze są inne kobiety - owszem były,ale dzień w którym złożyłem przysiege małżeńską stał sie dniem w którym przyrzekłem jej dotrzymać.Tak samo jej tej,którą złożyłem Ojczyźnie i zawsze jej dotrzymam.Problem w tym,że zaczynam patrzeć na siebie jak na kogoś chorego - równie dobrze mógłbym zostać mnichem i nie miałbym żadnych kłopotów z zachowaniem czystości myśli
A biorąc pod uwage rzeczy,które kiedyś robiłem brzmi to jak science-fiction.
Tuż przed śmiercią ojca odszedł mój bliski kuzyn - najbliższy.Był dla mnie jak brat,którego niestety nigdy nie miałem.Kiedyś próbowałem rozmawiać z żoną na temat życia/śmierci - nie na zasadzie monologu,a dyskusji.Za każdym razem miałem wrażenie jakbyśmy rozmawiali w dwóch różnych jezykach,nie rozumiejąc sie nawzajem.Z drugiej strony może też za dużo wymagam od niej?Kiedy sie poznaliśmy wiedziałem,że jest z rodziny w której praktycznie nie czyta sie książek.Powiedzmy,że preferowano u niej odbiór wiedzy wizualno - dźwiekowy.Myślałem,że przez tyle lat związku uda mi sie to zmienić i poprzez wspólne czytanie książek bedziemy potrafili rozmawiać na tematy troche ambitniejsze niż to co ostatnio działo sie w pracy lub podobne.Niestety chyba poniosłem porażke w tej misji,bo mimo,że żona lubi czytać to nie przekłada sie to na "nocne Polaków rozmowy" Jakby to powiedział znachor wiejski "widziały gały co brały".I chyba takich właśnie rozmów mi brakuje w związku - nie czułości,nie zapewnień "kochasz mnie jeszcze?",ani tym bardziej seksu.
Drogie kobiety,które macie zapewne wiecej doświadczenia niż facet jaskiniowiec - czy po tylu latach związku i niejednej rozmowie nadal warto walczyć mimo,że z roku na rok coraz wiecej wątpliwości sie pojawia?Czy też powinienem powiedzieć szczerze,że tej miłości,która była kiedyś już nie ma?Wiem,że moja żona kocha mnie całym sercem - tym bardziej cieżko jest odpowidać jej "taaaaa oczywiście,że Cie kocham po co pytasz?"..........
Co moge dodać jeszcze?Jestem abstynentem,nie pale,nie ćpam - swoje w życiu już zabalowałem i nie byłem świety.Jak każdy facet bywam marudny,oschły i upierdliwy.Mam manie perfekcjonisty i nie umiem przegrywać.Z wiekiem stałem sie chorobliwie nieufny co do ludzi,ale to raczej każdy z nas przechodzi.Potrafie wleźć do jaskini na wiele dni i siedzieć z moim wnerwionym smokiem przy ognisku czekając tylko na to żeby kogoś spalić na popiół ![]()
Pozdrawiam.