Z gory przepraszam za dlugi post - mam nadzieje ze ktos przebrnie - moze powie co mam myslec o zachowaniu mojej narzeczonej.
Ja juz raczej nie mam nadzieji na uratowanie tego zwiazku. Ale martwie sie o nia.
Kilka miesiecy temu rzucila mnie narzeczona. Zwiazek trwal 13 lat - 9 lat razem mieszkalismy. Oboje jestesmy po 30stce. I jak to w zwiazku byly gorki i dolki, ale (moim zdaniem) byl udany, zgodny, szczesliwy (jak sie okazuje nie) pasowalismy do siebie. Mielismy wspolne plany na zycie, wyznawalismy podobne wartosci.
Wszystko wydarzylo sie w bardzo trudnym dla mnie momencie - wyjechalem do pracy za granice. Decyzja, ze jade byla wspolna - od dawna planowalismy wspolny wyjazd ale czekalismy az ona skonczy studia i specjalizacje (lekarz). Teraz trafila sie okazja zebym ja pojechal sam i przez kilka miesiecy zanim ona bedzie ?wolna? przygotuje grunt - zeby ona przyjechala ?na gotowe? i bylo latwiej.
Po jakims miesiacu mojego pobytu tutaj ona mnie rzucila - przez whatsapp i skype - z tym, ze nawet na skype nie chciala wiecej rozmawiac.. Do tego momentu wszystko zdawalo sie ok - tydzien przed moim wyjazdem bylismy na wspolnych wakacjach - wszystko bylo dobrze, przegladalem zdjecia - wygladala na szczesliwa.
Przez miesiac mojego pobytu za granica mielismy staly kontakt - na skype albo whatsapp - rozmowy byly jak zwykle - mile, rozmawialismy o intymnych rzeczach, planowalismy co zrobi jak przyjedzie mnie odwiedzic, mowila ze chce sie przytulic jak miala akurat gorszy humor czy problemy w pracy.
Pozniej pojechala na ok. 2 tygodnie do siostry, ktora jest w Portugalii na wymianie studenckiej. Tam trafila akurat na zla pogode wiec tez sie zalila a ja ja pocieszalem zeby sie na tym tak nie skupiala.
Pod koniec tego wyjazdu zrobila sobie - sama - wycieczke na poludnie - tam juz lepsza pogoda lepszy nastroj.. Po powrocie do Polski dziwnie nie miala dla mnie czasu tak jakby unikala kontaktu, w ogole nie tesknila - i tak przez kilka dni az w koncu udalo sie z nia skontaktowac. Skonczylo sie mala sprzeczka po czym przyznala sie ze poznala kogos na tym wyjezdzie i ?sie zakochala? (czyt. przespala).
Do tego wszytkiego dodala ze ona do mnie juz nic nie czuje, wypalilo sie i ze juz od jakiegos czasu tak czula ale nie wiedziala jak to powiedziec jak to przyjme.. I ze to co zrobila to byl impuls do tego zeby nasz zwiazek zakonczyc i nie uwaza tego za zdrade i to jej prywatna sprawa..
Oczywiscie teksty typu, ze sie dusila w zwiazku (nie bylem typem zazdrosnika, wychodzila z kolezankami/ktorych ma niewiele, dopingowalem ja zeby znalazla sobie hobby poza praca), ze chce przerwy, zeby dac czasu ?na poukladanie? i zebym ja tez sprobowal sobie ukladac zycie tutaj..
Znam ja 13 lat i to jest dla mnie szok - nigdy bym nie pomyslal ze moglaby cos takiego zrobic, ufalem jej calkowicie, bylismy sobie najblizszymi osobami. Bylem jej pierwszym ?powaznym? facetem (ona moja dziewczyna), mielismy podobny system wartosci, podobne podejscie do zdrady. Do dzis nie jestem w stanie pojac jak mogla mnie tak potraktowac. To wydawalo sie absurdalne.
Podobnie zareagowali jej rodzice, byli za mna, ona z nikim nie chciala o tym rozmawiac, powiedziala ze wie co czuje i koniec. Nie chciala zebym przylecial porozmawiac, zupelnie sie zamknela i nie chciala zebysmy sie kontaktowali.
To wydarzylo sie kilka miesiecy temu, ja zostalem tutaj sam, nie mam zadnych znajomych w okolicy, swieta i sylwestra spedzilem zupelnie sam, nie dostalem od niej nawet grzecznosciowych zyczen. Stracilem wszystko - narzeczona, psa (wspolnego, ktorego kocham a teraz wlasciwie tylko odwiedzam co kilka miesiecy), dom (mieszkalismy w mieszkaniu od jej rodzicow).
Do tego dochodzi moja depresja - lecze sie od ok. 2 lat. Wydawalo mi sie po Nowym Roku, ze zaczyna byc lepiej, ale jednak nie. Nie moge sie podniesc, nie widze zadnej przyszlosci, wracaja mysli samobojcze - ale mam jescze rodzicow, mame dla ktorej musze walczyc.
Poczatkowo myslalem ze to jest jakies jej zalamanie nerwowe, kryzys - przez to, ze zostala sama, moze jakies zwatpienie, stres w pracy. Ona bardzo duzo pracuje i miala wtedy troche stresow zwiazanych ze zmiana oddzialu w szpitalu - nieciekawa atmosfera bardzo stresujacy ludzie itd. Ja zawsze ja wspieralem - przez cale studia i wysluchiwalem kiedy sie zalila jaka atmosfera jest w pracy. Bardzo chcialem to wszytko odkrecic, bylbym w stanie zrozumiec i wybaczyc te zdrade.
Niestety mijaja miesiace a ona nadal jest przekonana do swojej decyzji. Przepraszala, przykro jej i zaluje ze tak to wszystko wyszlo. Ale nadal twierdzi, ze nic do mnie juz nie czuje i nie chce byc razem. I ze jest w ?nowym zwiazku? - z tym portugalczykiem (na odleglosc przez skype..) i ze on ma wobec niej ?powazne plany".. Probowalem jej wytlumaczyc - ze spedzila z nim kilka dni (4?), nie zna go i jego przeszlosci. Facet ma 9 letnia corke, firme tam na miejscu - a ona tam kariery nie zrobi jako lekarz wiec na co liczy, jakie plany... Nic do niej nie trafia. No i fakt, ze poznala go na tej swojej wycieczce i byla u niego na CouchSurfing - ciekawe ilu naiwnym laskom go odwiedzajacym wciskal ten sam kit.
Ona zawsze byla madra i rozsadna kobieta, nie wiem co sie z nia stalo. Czy to jest jakis problem psychologiczny (podobno byla tez u psychologa no ale nie wiem co z tego wyniklo)? Naprawde nie moge sobie wytlumaczyc jej zachowania w tej chwili, to jest absurdalne.. Martwie sie o nia i to mnie tez dodatkowo ciagnie w dol.
Jej mama wpadla w depresje, podobno bylo z nia bardzo zle, nie wiem co sie dzieje teraz bo nie kontaktuje sie z nimi - tesc mnie o to prosil zeby nie denerwowac zony.
A ja tutaj wegetuje i mysle czy wracac czy probowac sie wygrzebac tu na miejscu - sam, bez zadnego bliskiego wsparcia. Chociaz wracac wlasciwie nie mam do czego, bede tylko blisko niej i moze to bedzie bardziej bolesne.
Minely 4 miesiace a ja nadal czuje pustke i ciezar na sercu. Nie moge sie pogodzic z tym jak sie ze mna obeszla i jakby nigdy nic jest sobie "w zwiazku" z kims z kim spedzila kilka dni a teraz utrzymuje ten "zwiazek" na odleglosc.
Jesli ktos to przeczyta - jak odczytujecie jej zachowanie i decyzje?
