Witajcie
Czuję się jakbym dostał rykoszetem z własnej broni.
Mam obecnie 29 lat, 3 miesiące i będzie 30.
Ale od początku...
Poznaliśmy się pod koniec grudnia 2008. W tamtym czasie spotykałem się z różnymi dziewczynami i ona miała być po prostu jedną z nich. Mieliśmy dobrze się razem bawić bez większych zobowiązań z obu stron. Ona wiedziała, że spotykam się z innymi, ja wiedziałem, że ona także spotyka się z facetami.
Z biegiem czasu zaczęło robić się coraz poważniej. Spędzaliśmy ze sobą więcej czasu, poznałem jej rodziców, często mnie odwiedzała, zostawała do późna, robiliśmy razem bardzo dużo. Trwało to około półtora roku aż w końcu postanowiliśmy być naprawdę razem. Stworzyć związek. Nie byłem tego pewien, ale dałem się przekonać. Postanowiłem zerwać z dotychczasowym życiem, spotkaniami z innymi dziewczynami, podrywaniem itp. Postanowiłem być wierny i mieć jedną dziewczynę. Tak też się stało. Ona zakochana po uszy, mi słowo ?kocham? nie przechodziło przez gardło.
Nie czułem tego, że ją naprawdę kocham. Nie wiem jak nazwać to uczucie, którym ją darzyłem przez ten cały czas. Przywiązanie? Potrzeba adoracji mojej osoby? Byłem z nią mimo, że nie potrafiłem powiedzieć jej, że ją kocham. Ona mówiła mi to prawie codziennie potrafiąc zaakceptować to, że ja jestem taki nieczuły. Mimo to trwaliśmy razem. Tworzyliśmy coraz to nowe wspomnienia. Wspólne wyjazdy, sylwester 400km od domu spędzony na molo w Kołobrzegu, wyjazdy na wielkie stadionowe koncerty legend muzyki, eksperymenty w łóżku, nie wiem czego razem nie robiliśmy... przeżytych chwil przybywało, a chwile te były utrwalone na zdjęciach, setkach zdjęć.
Ona była bardzo nieśmiałą osobą. Niska samoocena, mała pewność siebie. Udało mi się trochę podbudować jej wartość, zmienić w atrakcyjną kobietę, ale nie na tyle ile chciałem. Zawsze marzyłem żeby była pewna siebie i odznaczała się dużym poczuciem własnej wartości. Nie dostawałem tego i bardzo mi to przeszkadzało. Z tego powodu stawała się dla mnie coraz mniej atrakcyjna i nabawiłem się przez to nerwicy, która mnie niszczyła.
Nie dawałem jej takiej bliskości jakiej potrzebowała, za mało przytulałem, nie mówiłem w ogóle, że ją kocham. Często mi to wypominała i płakała. A ja byłem jaki byłem, ale byłem także dobrym człowiekiem, zaufanym, przyjacielskim, nigdy się z nią nie pokłóciłem.
Po około 3 latach związku postanowiliśmy ze sobą zamieszkać i sprawdzić jak to będzie. Wprowadziła się do mnie. Czułem się źle w tym związku, mimo tego, że miałem przy sobie tak bardzo kochającą mnie osobę. Nie doceniałem tego. Wyobrażałem sobie, że chcę kogoś atrakcyjniejszego, bardziej pewnego siebie, kogoś o kogo będę codziennie walczył, kogoś wymagającego. Te myśli powodowały moją nerwicę.
Ona czuła się coraz bardziej nieszczęśliwa. Zarzucała mi nadal, że jestem w stosunku do niej za mało uczuciowy. Tak było a my nadal trwaliśmy razem.
Miałem myśli, że muszę spowodować, że to ona mnie zostawi a nie ja ją. Gdybym to ja ją zostawił przeżyłaby to o wiele bardziej.
Minęło półtora roku mieszkania razem. Ona zmęczona moim brakiem uczuć mówi mi, że ma już naprawdę dość. Zaczyna dawać ultimatum żebym się zmienił, żebym pokazał jak ją kocham. Ja zmęczony związkiem doprowadzam do tego, że ona wyprowadza się. Odchodzi. Kończy związek. 6 lat i KONIEC.
Sam tego chciałem. Świadomie do tego doprowadziłem bo nie czułem się w tym związku dobrze.
I teraz najlepsze. Dostałem rykoszetem z własnej broni. Nagle, siedząc zupełnie sam w mieszkaniu, zacząłem sobie uświadamiać jakiego anioła straciłem. Osobę, która tak bardzo mnie kochała i pokazywała tę miłość codziennie a ja tego nie odwzajemniałem. Poczułem się jakbym wybudził się za jakiegoś kilkuletniego letargu. Pozwoliłem odejść osobie, która tak bardzo mnie kochała, była przy mnie tyle lat.
Powiedziała, że to definitywny koniec, że jeśli są jakiekolwiek szanse, że wróci to mniejsze niż 1%.
Mijają dwa miesiące odkąd odeszła. Od tamtej pory widzieliśmy się tylko dwa razy. Raz jak przyjechała po resztę rzeczy i drugi na moją prośbę. Wpadła w szał życia, które miała przed wejściem w związek czyli spotykanie się z różnymi facetami, imprezy itp. A moje serce krwawi na myśl o tym.
Jak się do niej odzywam to mówi, że wszystko za późno, że trzeba było mówić ?kocham? wcześniej, że teraz to wszystko to tylko wspomnienia i ona przestała cokolwiek czuć i chce ułożyć sobie życie na nowo.
Jest mi naprawdę bardzo źle. Rozpacz, sam w mieszkaniu, łzy. Gdy myślę o tych wszystkich wspólnie spędzonych chwilach, wspomnieniach, miejscach w których byliśmy razem, o tym co razem robiliśmy to serce mi pęka, że już tego nie ma. Mamy tysiące zdjęć z tych sześciu lat. Czuję się jak wrak człowieka. Czuję, że nikomu innemu już tak nie zaufam jak jej, że nic dobrego mnie w życiu nie spotka z kobietami. Inne kobiety wydają mi się aseksualne, nieciekawe. Bo każda inna nie jest nią.
Dlaczego tak się czuję skoro sam chciałem doprowadzić do tego, że odeszła? DLACZEGO? Czy robię sobie teraz w głowie wyidealizowany obraz jej osoby? A jakby wróciła to byłoby TAK SAMO?
Nie potrafię sobie z tym poradzić. Czuję się potwornie. Czy jest ktoś kto potrafi to zrozumieć?
