Coraz częściej sobie to powtarzam.
Na tym forum już raz opisywałam swoją historię, jednak pytałam o inny aspekt.
Mam 25 lata.
W wieku lat 20 chodziłam z pewnym chłopakiem, Grzesiem. Kochałam go bardzo, szalałam za nim. Zimą 2010 roku wyjechałam z nim do Austrii. Miał tam kolegę, którego bardzo chciał odwiedzić. Zakochałam się w tym facecie, zapomniałam o wszystkim, co czułam do mojej pierwszej miłości. Zostałam w Austrii. Tam żyłam 3 lata, planując ślub i przyszłość z Sebastianem.
Wykonanie tego stało się niemożliwe. To wszystko miało być spełnieniem marzeń. Austria - kraj moich marzeń, teraz przekleństwo. Rzuciłam ten marazm, który dopadł mnie w Polsce przed paroma laty. Rzuciłam wszystko - studia, rodzinę, miłość, która była dla mnie wtedy szczeniacka. Zakochałam się. Sebastian był miłością mojego życia. Kochałam go. Był do pewnego momentu dla mnie dobry, wszystko by mi dał. Zaręczyliśmy się. Ja żyłam jak w bajce. Miałam piękny dom, życie na wysokim poziomie, byłam szanowana. Kino, teatr, restauracje, podróże. Wszystko to, czego nie miałam w Polsce. Idealny facet.
Pierwszy raz uderzył mnie 17 dni po zaręczynach, w twarz. Miałam podbite oka. Pamiętam to, jak dziś, gdy odmawiałam mu wyjścia ze znajomymi, których nawet nie lubiłam. Nawet mnie nie przeprosił. Wparł mi, że zasłużyłam. Za każdym razem to się tak kończyło. Dochodziło do tego, że to ja przepraszałam. Z kochającego, czułego faceta, stał się despotą i tyranem. Bił, przypalał papierosami, pluł, ciął, sypał solą na rany. Zamykał mnie w domu, w jednym pokoju, gdy wyjeżdżał, żebym nie uciekła.
Zaczęłam tęsknić za bratem. Zawsze byliśmy blisko. Sebastian blokował nasz kontakt, jak tylko mógł. Chciałam, żeby mój brat był świadkiem na moim ślubie, bo miałam chciałam się z nim pogodzić, może liczyłam, że wtedy zauważy, jak źle się mam i wyciągnie mnie z tego. Sebastian chciał, żeby naszymi świadkami byli: jego siostra i jego przyjaciel. Bolało mnie to i traciłam już nadzieję. Tej niedzieli byłam tak zdesperowana, że postawiłam się. Na trzy tygodnie przed planowanym ślubem, Sebastian wybił mi ząb
Nie wiem, jak długo mnie wtedy bił i jak długo leżałam na podłodze. Zostawił mnie.
Oczywiście zamknął mnie na klucz, moje zabrał, jak zawsze, ze sobą. Byłam naprawdę zdesperowana. Zamykał mnie w sypialni, z lodówką, telewizorem. W swojej nocnej szafce trzymał moje dokumenty. Parę dni wcześniej podejrzałam, gdzie chowa do niej klucz. Wzięłam wszystkie dokumenty, trochę ubrań, te które zostawiłam po praniu. Wybiłam okno i ślizgając się po rynnie, dostałam się na ziemię. To było zaskakująco łatwe, ale przedtem się bałam. Zapukałam do pierwszych lepszych drzwi, poprosiłam o udostępnienie telefonu, zadzwoniłam do brata.
Musiałam gdzieś przeczekać noc. Poszłam do kościoła. Ksiądz nie zadawał zbyt wiele pytań. A na drugi dzień brat zabrał mnie do domu.
Wracałam, jako przegrana.
I nic się nie zmieniło. Sebastian wciąż dzwoni i grozi, regularnie, co 4 dni, bo 'czwórka to jego szczęśliwa liczba'. Przed świętami nawet był u mnie w domu. Rozmawiał z moją babcią, która uważa mnie teraz na kobietę złą i upadłą. .
Żyłam sama w tym kraju, bez pieniędzy, wykształcenia i nadziei. Pewnie pomyślicie - taka karma. Też tak myślę. Nawiązałam też kontakt z Grzegorzem - on ma narzeczoną, bardzo miła dziewczyna. Powiedziałam mu całą prawdę, należało mu się. Teraz przyjaźnimy się.
Parę miesięcy temu poznałam faceta, Michała - znajomego mojego brata i Grzegorza. Chłopak zakochał się we mnie. Spotykamy się, przytulamy, całujemy. Jesteśmy parą.
Jest jednak mały problem - gdy on mówi, że mnie kocha, ja nie odpowiadam mu tym samym. Boję się. Nie potrafię w 100% zaufać mężczyźnie.
Po rozmowach z osobami z tego forum, wyznałam wszystko Michałowi - zrozumiał. Poprosiłam jednak, żeby sie zastanowił nad tym, czy na pewno chcę ze mną być. Ja nigdy nie będę już w pełni normalna.
Postanowilam podnieść się z kolan, z samego dna.
Mam depresję, nerwice, stany lękowe. Chodziłam na terapię.. Każde spotkanie z psychologiem kończyło się napadami histerii. I tu moje pierwsze pytanie: czy każda terapie musi wyglądać w ten sposób? Osaczenie, setki pytań, zmuszanie do odpowiedzi, teksty typu: 'jak nie chce pani rozmawiać to niech pani stąd idzie, bo mam tu masę chętnych i bardziej rozmownych ludzi?". Czy uważacie, że powinnam udać się na terapię?
Drugie pytanie: czy powinnam zgłosić sprawę na policję? Czy bez obdukcji (na bazie samych zdjęć), jestem w stanie wsadzić go więzienie? A może będzie tylko gorzej? Lepiej kolejny raz zmienić numer i się przeprowadzić, licząc na to, ze mnie nie znajdzie?
Trzecie pytanie: skończyłam dwa lata studiów farmaceutycznych, czy da się na nie wrócić, na trzeci rok?
Ostatnie pytanie: jak odzyskać radość, wyjść z tego marazmu i przestać się bać?