Witam wszystkich wieczorową porą
Zwracam się do Was z prośbą o przeanalizowanie ze mną zaistniałej w moim życiu sytuacji. Jest mi niezbędne czyjeś spojrzenie na chłodno. Rzecz się tyczy mojego bardzo młodego małżeństwa, no ale od początku...
Znam mojego męża od 11 lat. Od niecałego roku jesteśmy małżeństwem. Od 3 lat mieszkamy razem. Byliśmy bardzo młodzi jak się poznaliśmy, ja miałam 17 lat, on dwa lata starszy. Przeżyliśmy bardzo wiele etapów tego związku: młodzieńcza fascynacja i namiętność, chwilowe rozstanie (z powodu innej dziewczyny), wspólny wyjazd do innego miasta, jego zdradę o której dowiedziałam się 2 lata temu (a która miała miejsce 4 wcześniej czyli obecnie 6 lat temu) - ponowne rozstanie i wreszcie przez ostatnie 2 lata przejście na tak poważny etap w życiu jak narzeczeństwo i małżeństwo (przeszliśmy kilkanaście sesji z terapeutą by na to się zdecydować więc nie było to kompletnie nieprzemyślane). Było to 11 lat dość różnych doświadczeń, które zbliżyły nas do siebie jako przyjaciół, parę, małżeństwo. I żadnej z tych decyzji nie żałuję - że wybaczyłam zdradę czy że wyszłam za mąż za tę osobę.
Od pewnego jednak momentu zaczynam obawiać się, że wszystkie te wydarzenia, które nas zbliżyły do siebie to jednak na chwilę obecną jest za mało.
Mój mąż jest osobą bardzo mocno stąpającą po ziemi i odkąd jesteśmy małżeństwem wszystko jest perfekcyjnie wyliczone i przemyślane z jego strony. Mam tu na myśli takie kwestie jak:
- chciał zmienić miejsce zamieszkania na inne miasto ze względów rodzinnych - przystałam na to - pozostawiłam pracę, znajomych itd.
- chciał zmienić swoją pracę zmienił ją na taką gdzie bardzo często go nie ma - argumentem są tutaj dużo większe pieniądze, które zarabia na kupno mieszkania
- po przeprowadzce zmieniłam pracę, ale chciałam byśmy przestali żyć tylko pracą i obowiązkami, chciałam w końcu założyć rodzinę i trochę uporządkować swoje życie - najpierw był na ogromne tak, obecnie o dziecku mówi, że "kiedyś tam" i organizuje mi w to konto nowe zajęcia - a że może poszłabym na studia podyplomowe, a że może jak mi w tej pracy źle to coś innego bym znalazła itd.
Jednym słowem sprawa wygląda tak: wszystko jest pod linijkę ułożone pod mojego męża, a ja czuje, że się duszę w takiej sytuacji. Nie mam w tym mieście znajomych ani za dużo zajęć - praca, zakupy, sprzątanie, jakieś rozrywki kino, teatr, restauracje, ksiązki itd. - mój mąż twierdzi, że to jest świetne. Moje życie kręci się wokół "żelaznych zasad" i czuje, że jest kompletnie puste i bezsensowne. Chciałabym w życiu czegoś więcej niż tylko pustych rozrywek i pracy. Chciałabym mieć swój dom, rodzinę coś co sprawiłoby że to wszystko nie jest tylko jakąś pustą egzystencją.
Nie brakuje nam pieniędzy, nie brakuje nam warunków by to osiągnąć. Mam pracę, ale ile można żyć samą pracą i samodoskonaleniem się? Chciałabym od życia czegoś więcej, ale moje gorące chęci nie wpisują się w żelazny kalendarz mojego męża.
Próbowałam rozmawiać, ale to do niczego nie prowadzi - potrafi mi tylko wyliczać - "idź gdzieś na miasto jak Ci się nudzi" "to jak chcesz to pojdziemy gdzies do restauracji"; "może cos poczytaj"; "jak nie lubisz swojej pracy to znajdz inna". Tylko że problem w ogole nie polega ani na pracy, ani na tym ze brakuje mi rozrywek.
Nie wiem jak długo da się tak życ... i co zrobic w takiej sytuacji.
Proszę o radę.