Witam panie, postanowiłam zarejestrować się na forum, gdyż potrzebuję poznać czyjąś opinię, przeanalizować sytuację. Sama będąc w niej, mimo iż się staram, możliwe, że nie jestem w stanie spojrzeć na nią trzeźwo jak osoba postronna. *(gwiazdką oznaczę część właściwą, gdyby nie chciało się wszystkim tego czytać)
Tak jak wspomniałam w tytule, chodzi o mój związek. Krótko stażowy, jesteśmy ze sobą od marca ubiegłego roku. Nasza znajomość kwitła już wcześniej, praktycznie początkiem stycznia przyłapałam się na tym, że odwzajemniam zainteresowanie owego partnera. Historia tej znajomości jest dość dziwna, znamy się od ponad 10 lat. Mieliśmy kilkuletnią przerwę podczas, której nasz kontakt był bardzo rzadki, ale jednak uprzednio byliśmy sobie dość bliscy. Wszystko rozpoczęło się w internecie. O ile on te lata był z jakichś powodów mną nieustannie zainteresowany, widział we mnie cud świata, tak ja nigdy tego nie byłam w stanie podzielać. Głównie przez różnicę wieku (ja mam obecnie 23 lata, on 19). Gdy po przerwie w kontaktach, odnalazł mnie i postanowił "reanimować" relacje, początkowo byłam nawet kapkę rozczarowana, że to akurat on, a nie jakiś inny "cichy wielbiciel". Potem zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Mimo iż moje serce waliło za każdym razem, gdy się odzywał, płakało, za każdym razem, gdy tęskniło do uczucia między nami byłam nastawiona bardzo chłodno.
Przeszłam traumę po związku z uprzednim partnerem, z którym byłam około 4,5 roku. Razem mieszkaliśmy, planowaliśmy przyszłość. Od początku wyszły na jaw jego kłamstwa, gdy miałam jeszcze siłę się rozstać - rodzice namówili mnie do powrotu tekstami, że on mnie kocha, nikt idealny nie jest, nie chciał mnie ranić temu nie mówił i tak dalej. W końcu uległam, choć nie przeczę, nadszarpnięte zaufanie jest czymś co ciężko mi zapomnieć, tak więc zdarzało się, że mu je wypominałam. Nie radziłam sobie i to był błąd. Mimo to byliśmy razem, była sielanka. Wspólne urządzanie mieszkania, jego zaangażowanie. Walczył o nas. Potem to zaczęło niknąć. Coraz bardziej, bardziej... Ze wszystkimi problemami zostałam sama. Nie ważne co zrobił, gdy się sprzeciwiłam, coś mnie zabolało. Mogłam wyć, rozpadać się na kawałki, nie reagował. Miał mnie gdzieś. Gdy emocje mi opadały, odnajdywałam winę w sobie i z braku sił na ciągnięcie wojen pod jednym dachem prosiłam o zgodę. Tak było zawsze. Męczyłam się niemiłosiernie, ale wciągnęłam się w relację z której nie byłam w stanie się uwolnić. Oczerniał mnie do innych, planował życie gdzieś indziej. Kłamał dalej, łapałam go nie raz. Na flirtach, w końcu na zdradzie. Wtedy się wezbrałam i opuściłam swoje mieszkanie (to było drugie mieszkanie mamy które nam "dali" wspólnie z ojcem) wyprowadzając do rodziców. Nie zatrzymywał mnie ani na moment. Było tragicznie, kompletnie bez niego sobie nie radziłam. Nie rozumiałam jak można się tak zmienić, zawsze był osobą, która gardziła podobnymi zachowaniami, gdyż był też ich ofiarą w uprzednich związkach. Wciąż widziałam w nim kogoś kogo wizję mi stworzył początkiem znajomości. Ostatecznie przyjaciółka zaczęła stawiać mnie na nogi, przestałam przepłakiwać całe dnie. Wtedy... się odezwał. Prosił o przebaczenie. Z racji, że ojciec (ojczym w gwoli ścisłości, który nie darzył mnie nigdy sympatią) życzył sobie abym opuściła ich mieszkanie, uległam. Do dziś pamiętam jak ryczałam po wejściu z powrotem do naszego domu, panicznie się bałam, że znów będę musiała znosić to co do tej pory. On siedział wtedy ze mną w nocy, gdy nie mogłam spać i mnie przytulał. Faktycznie się zmienił, a ja do niczego nie wracałam. Na jakiś czas. Poprawa trwała około 3 miesięcy maksymalnie. Potem wróciło do codzienności. Bolało, ale miałam świadomość, że więcej go o nic błagać nie będę. W tym czasie pojawił się ten, z którym jestem obecnie. Uprzedni związek się rozpadł, dał nogę pewnego dnia, zrywając przez sms.
Odczekałam jakiś czas, ale uczucia do uprzedniego były wyblakłe na tyle iż byłam w stanie kochać kogoś innego. Ktoś mnie rozumiał, doceniał, był przy mnie, gdy potrzebowałam. Potrafiliśmy chodzić na kompromisy, omawiać nieporozumienia i utwierdzać się w przekonaniu, że możemy na sobie polegać. Nie pamiętałam już jak smakuje szczęście, acz na ponów je odczuwałam. Nim zaczęliśmy ze sobą być, obawiałam się powtórki z rozrywki. Śmiesznie stwierdziłam, że ludzie przy mnie się gorszą, dzieje się im coś niepojętego przez co się diametralnie zmieniają. Bezustannie utwierdzał mnie w błędzie. Przestałam za wszystko siebie obwiniać, a skoro on mnie rozumiał... dlaczego nie spróbować? Coś zaczęło się dziać po 5, 6 miesiącach. Coraz mniej sporów, coraz mniej chęci do porozumień. Odbiło mi w momencie, gdy mnie skłamał. Powiedziałam mu wtedy, że go nienawidzę. Choć zrozumiał, że mnie zranił bo byłam bardzo wyczulona na podobne rzeczy potem mi to wypomniał w dotkliwy sposób (wiem, że tu zawiniłam, ale kierowały mną emocje).
* Dwa miesiące temu pokłóciliśmy się o jego imprezy wśród używek, codzienne wracanie do domu o 5 nad ranem, brak kontaktu. Nie zrozumiał, że się martwię, że mi się to nie podoba. Nie chodzi mi o ograniczanie, aby nie spędzał tak czasu w ogóle, acz raz na jakiś czas, bądź wspólnie ze mną jeśli jest możliwość. Nie zrozumiał, choć kiedyś omawiając sobie takie sytuacje przystaliśmy na ów układ. Kiedyś też nie spędzał tak czasu niemal w ogóle. Zdał się o tym zapomnieć. Ja mu przypominałam, bezskutecznie. Od tamtej pory panuje między nami cisza. Nie umiemy rozmawiać na trudne tematy, wyciągnąć ręki. Dał mi końcem listopada list, w którym napisał, że jestem jego porażką ponieważ myślał, że tkwię w miejscu przez tamtego poprzedniego chłopaka, że się nie rozwijam (chce mnie zmusić do posiadania pokaźnej liczby znajomych, a ja jestem introwertykiem i wystarczy mi ich garstka), że nie kocha mnie już jak kiedyś. W okolicach sylwestra, który spędziliśmy razem tylko dlatego, że ja pojechałam do jego znajomych (inaczej zostałby z nimi) stwierdził, że wyzbył się tych wątpliwości. Mimo to, dalej nie możemy dojść do porozumień, po prostu nie rozmawiamy. Kiedy ja próbuję, on się wywija lub mówi coś co sprawia mi przykrość. Unikam zatem tego wiedząc, że nie mogę nic wskórać. Często nie ma czasu, nie planujemy już nic jak kiedyś. Moje pomysły odnośnie chęci poprawy naszych relacji spotykają się z dezaprobatą. Kiedy powiedziałam mu, że chcę się rozstać, starał się odwieźć mnie od tej myśli mówiąc iż nawet jeśli przy niej pozostanę, nie odpuści sobie. Zostałam, wymiękłam. Jak było tak jest. Nie wiem co się stało. Znowu. Co robić...
Rozpisałam się tragicznie, przepraszam. Jeśli ktoś da radę doczytać, będę wdzięczna za jakiekolwiek sugestie. Zależy mi na nim, na tym kim był przez wszystkie lata dopóki nie zostaliśmy parą. Chociaż sądzę, że nic już z tego nie będzie.