Witam Wszystkich:)
Tak jak większość czytam wątki od pewnego czasu, a teraz nadszedł moment bym podzieliła się swoimi przeżyciami. Otóż do niedawna żyłam w związku z młodszym o 3 lata chłopakiem. Ja mam 27. Byliśmy ze sobą 9 lat. Wszystko co robiliśmy przez ten czas było jedyne i niepowtarzalne, bo robiliśmy to razem. Odkrywaliśmy wspólnie świat. Bywało różnie. Jak z pogodą. Przez ten cały czas słyszałam, że będę pierwszą i ostatnią kobietą w jego życiu. Że się z nikim innym nigdy nie zwiąże. Przeszliśmy razem wiele. Przetrwaliśmy prawie 2 letnia rozłąkę (wyjechałam za granicę). On dojechał do mnie po skończeniu szkoły. Było wiele planów na przyszłość. Codziennie (aż do znudzenia:) słyszałam, że jestem kochana. To była gorąca i największa miłość- przysięgam, że nie tylko dla mnie. Szaleliśmy za sobą, a czasem się nienawidziliśmy. Obydwoje mamy twarde charaktery. Kłótnie wyglądały jak sceny z włoskich filmów. Problem w tym, że co jakiś czas z jego strony wychodziło to, iż nie chce być ze mną...niezdecydowanie wracało cyklicznie co parę miesięcy. Znaliśmy się jak łyse konie. Znaliśmy swoje rodziny, spędzaliśmy wspólnie święta i najzwyklejsze dni. Jakoś tak naturalnie wyszło, że i zamieszkaliśmy razem. Nie widziałam świata poza nim. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby go zostawić. Czekałam cierpliwie, aż dorośnie. Ze względu na rodzaj zawodu jaki sobie wybrał, zaczęły się problemy między nami. No i stało się. Niecały miesiąc temu wszystko się skończyło. Zaczęło się z nim dziać źle. Oznajmił mi, że źle się czuje sam ze sobą, że dopadła go depresja (nigdy nie wierzył w takie zjawisko!!!) i że z nami koniec. Usłyszałam,że jestem dobra,a nawet najlepsza, jednak za dojrzała dla niego. Powiedział, ze zdaje sobie sprawę z tego, że będzie żałował i że będzie sam, ale musi to zrobić. Nie ma mowy o tym, że odszedł do kogoś innego. Wiem to na1000%. Był w kiepskiej formie psychicznej, ale mojej pomocy nie chciał. Jednego dnia rozmawialiśmy i doszło do decyzji o rozstaniu, następnego zabierał swoje rzeczy z mojego domu. Przysięgłam sobie, że tym razem nie będę płakać i błagać o powrót. Za dużo razy tak robiłam. Staram się być twarda. Mam oparcie w osobach, od których nawet bym się nie spodziewała tego. Od czasu rozstania nie ma żadnego kontaktu. Pozwoliłam mu odejść, choć chciałam się przy nim zestarzeć. Serce mi pęka i czuję to wszystko o czym na tym forum można napisać. Nie rozumiem tylko jednego- dlaczego on milczy jak grób. Czy po 9 latach można zostawić wszystko bezpowrotnie?