Witajcie,
Piszę do Was z prośbą o opinię. Mam pewne przemyślenia na przedstawiony poniżej temat ale zawsze warto wysłuchać głosu rozsądku innych.
Wraz z żoną jesteśmy po 30tce, mamy krótki staż małżeński, jedynie 6 miesięcy. Wcześniej znaliśmy się 3 lata i jak to w związku bywa, raz lepiej raz gorzej. Przed ślubem mieszkaliśmy ze sobą rok.
Po ślubie po jakimś czasie sporo zaczęło się psuć. Chciałem dla żony jak najlepiej ale nie zawsze to wychodziło. Widząc, że całe dni spędza w domu moim celem było aby kobieta mogła się rozwijać, iść do przodu, realizować swoje pasje i zainteresowania. W złości zdarzało się powiedzieć kilka słów za dużo, nigdy do żadnych zdrad czy rękoczynów nie doszło (do głowy mi nie przyszło). Wszystkie moje rady odbierane były jako atak i obrażanie jej osoby.
Żona też nie była święta, potrafiła zamknąć się i pomimo moich codziennych prób przez tydzień nie rozmawiać. Zawsze uważałem, że małżeństwo powinno między sobą załatwiać tego typu sprawy. Żona jednak wolała wyżalać się swojej rodzinie i koleżankom jak to jej źle, co poskutkowało negatywnym nastawieniem do mnie.
Ostatnia, i jak dla mnie najważniejsza sprawa to kłamstwa. Mam taką zasadę, że co by się nie działo jestem wobec żony zawsze szczery. Druga połowa widocznie tego nie uznaje. Wiem, że jestem bardzo często okłamywany. Mam przeczucie o prowadzonych 2 różnych, równoległych egzystencjach przez żonę. Pierwsza oficjalna to życie z mężem, które wydawałoby się ostatnio lekko się poprawiło. Drugie to nieoficjalne, które polega na wyżalaniu się koleżankom i rodzinie jaki to mąż jest zły i jaki to kanał ją spotkał wychodząc za mąż. "Doradczynie" (których małżeństwa swoją droga nie należą do idealnych), szukają różnych sposobów żeby pocieszać żonę odwołując się do zbierania haków wobec mnie- nagrywanie rozmów itp.
Jeden z ostatnich dni mijał nam przyjemnie. Standardowa codzienna sielanka (wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku). Pech chciał, że dotarły do mnie pewne sprawdzone informacje. Podpytałem o to żonę, myśląc o mojej niewiedzy skłamała prosto w twarz. Po wyjściu na jaw całej prawdy zostałem oskarżony o jej nękanie i ciągłe sprawdzanie co i gdzie robi - kompletna bzdura, przypadkowo otrzymałem te informacje. Uwierzcie, że nie była to kwestia kłamstwa typu "będę w sklepie a poszła do koleżanki", ale na razie nie chce ich podawać. Chodzi o dość poważną sprawę zainicjowaną przez "doradczynie". Następnego dnia bez jakichkolwiek informacji, podczas mojej obecności w pracy zabrała kilka podstawowych ubrań i się wyprowadziła. Po powrocie do domu przestraszony spowodowany jej nieobecnością próbowałem się skontaktować. Bez skutecznie. Po nieprzespanej nocy dodzwoniłem się rano, a odpowiadając na moje zapytanie gdzie jest dowiedziałem się, że przecież ja wszystko wiem bo ją obserwuje...
Dostałem po głowie za chęć wytłumaczenia kłamstwa. Mijają kolejne dni samotności w domu (już ponad tydzień) i powoli przyzwyczajam się do tego stanu. Nie czuję swojej winy w tym przypadku, w związku z czym nie płaczę, nie krzyczę. Kocham żonę jednak nie mogę wyobrazić sobie życia, w którym najbliższa osoba kłamie prosto w oczy a w przypadku jakiejkolwiek kłótni zamiast rozmawiać zamyka się i skarży całemu światu jak to jest jej źle. Wszystkie kłopoty powinno rozwiązywać się w małżeństwie a nie wyciągać je na forum rodzinne/przyjacielskie - moje zdanie.
Co do kłamstw to nie był to pierwszy przypadek. Wielokrotnie wcześniej sytuacja się powtarzała.
Nie zamierzam się wybielać. Nie jestem idealnym mężem, który masuje stópki swojej żonie na każdą jej zachciankę. Z drugiej strony nie uważam również abym za swoje zachowanie był karany obcięciem głowy.
Odwołując się do 1ego wersu. Mam pewne swoje przemyślenie na ten temat jednak przed podjęciem dalszych kroków byłbym zobowiązany za Wasze opinie.
Z góry dziękuję
Rafał
