Podczytywałam sobie już podobne wątki, ale potrzebuję rad konkretnie do mojej sytuacji. Historia jest dość długa i zawiła.
Dużo podróżuję i często poznaję w podróżach różnych ludzi. Tak poznałam swojego byłego chłopaka. W ciężkiej sytuacji mogłam liczyć na jego bezgraniczną pomoc. To mnie ujęło, on po jakimś czasie wyznał swoje uczucia i spotykaliśmy się. Wróciłam do Polski i niedługo później wyjechałam na dłuższy czas do innego kraju. Postanowiliśmy kontynuować relację, jednak kontakt na odległość był dziwny, rzadszy i zaczęłam mieć duże wątpliwości. Pod koniec listopada powiedział, że nie widzi naszej przyszłości. Ponieważ na święta wracałam do Polski, mieliśmy się tam spotkać przed sylwestrem i podjąć ostateczną decyzję na żywo. I tak przez miesiąc, od końca listopada do wyjazdu bardzo to przeżywałam, źle spałam, mało jadłam, wyglądałam jak obłożnie chora i nie mogłam się na niczym skupić. Ostatecznie do spotkania nie doszło, na dzień przed, gdy miałam bilet na pociąg w ręce, dostałam od niego długą wiadomość, że to nie ma sensu. Cios poniżej pasa spowodował, że moje męki w jednej chwili dobiegły końca i wszystko można powiedzieć spłynęło po mnie jak po kaczce.
Tam gdzie jedna historia się kończy, tam zaczyna się druga. Właściwie historia pewnej znajomości. Na początku grudnia, gdy byłam w emocjonalnej rozsypce z powodu opisanego wyżej, moja koleżanka (która o moich problemach nie wiedziała) skontaktowała mnie ze swoim kolegą. Kolega pracuje w kraju mojego pobytu, a że jest to mały kraj, to spotkania nie są problemem. Spotkaliśmy się w ciągu niecałego miesiąca kilka razy. Spotkania z mojej strony były całkowicie kumpelskie i nie potrafiłam inaczej go postrzegać niż jako kumpla. Był bardzo towarzyski, zabawny, poprawiał mi humor i odrywał myślami od moich zmartwień. Dodatkowo był ze mną w częstszym kontakcie niż mój ówczesny chłopak. Gdy wyjechałam do Polski, napisał po kilku dniach. Od słowa do słowa i kontakt między nami zrobił się codzienny, taki, że do tej pory większość dnia robię coś przy okazji wisząc z nim na komunikatorze. Początkowo działał na mój dołek jak lek, to dzięki niemu moje rozstanie przeszło całkowicie bezboleśnie - wprawił mnie w tak dobry humor, że nic nie mogło tego zniszczyć. Robił to wszystko nieświadomie, nie znał mojej sytuacji.
Na ostatnim spotkaniu na żywo poruszył nagle temat małżeństwa, niby nic związanego ze mną, ale na koniec zapytał, czy mam takowe w najbliższych planach na przyszłość. Trochę się zdziwiłam, odpowiedziałam, że może. W kontakcie na odległość zaczął robić pewne aluzje - najpierw sugestie, że jesteśmy bliskimi przyjaciółmi, potem przy okazji pewnego tematu zażartował, że musimy się pobrać. Przyjęłam to całkowicie jako żart i powiedziałam, że pewnie. Ale, gdy w ciągu kolejnych dni wspominał żartobliwie, że jestem jego przyszłą żoną, zaczęłam czuć się trochę nieswojo. Raz, dwa razy, ale codziennie? Tak, ten człowiek ma żarty we krwi, ale nie wiem, w którym momencie one się kończą, w którym przechodzą w prawdę. Z jednej strony byłam trochę skołowana, a z drugiej tak to się potoczyło, że zaczęłam go postrzegać jako kogoś więcej niż tylko fajnego kolegę. I obserwowałam dalej. Były takie dni, że był poważny, a nawet trochę oschły, a potem znów żarty, droczenie się ze sobą, aluzje. Mojej mamie wysłał nawet życzenia noworoczne i pytał, czy dobrze gotuję.
Ogólnie mówiąc, nigdy nie rozmawialiśmy o tym, kim dla siebie jesteśmy, kim chcemy być, nigdy też nie powiedział, że podobam mu się albo chociaż, że ładnie wyglądam - nawet tak zwyczajnie, po koleżeńsku, gdy wysyłamy sobie zdjęcia z podróży. A przesyłanie zdjęć to jego pomysł, nieraz prosił, żebym mu wysłała selfie, a gdy to robiłam, komentował tylko w stylu - fajne. Nigdy nie usłyszałam żadnego komplementu na swój temat. Z drugiej strony, czasami zwraca się do mnie per słoneczko czy kochanie, zdarza mu się przesłać emotkę z buziakiem albo serduszko.
Co prawda nasza znajomość trwa dopiero trochę ponad miesiąc, ale on sam wczoraj zauważył, że najwięcej pisze ze mną i coś chciał więcej dodać w temacie, ale ostatecznie się rozmyślił. Wiem, że to taki typ osoby, jest otwarty, konkretny i bezpośredni raczej, a do przyjaciół dużo pisze, ale to fizycznie niemożliwe, żeby był w takim kontakcie ze mną i jednocześnie innymi osobami. Z drugiej strony, gdy kilka dni temu próbowałam trochę rozluźnić nasz kontakt i doprowadzić do 1-dniowej przerwy, nie wytrzymał, napisał.
Raz mu powiedziałam, że jestem śpiochem i późno wstaję, a chcę to zmienić, więc żeby mi przesłał następnym razem poranne dzień dobry o 9 rano, to się może obudzę wcześniej. Od tamtego czasu dzwoni do mnie (nie pisze) codziennie o 9, żeby mnie obudzić. Na koniec tego miesiąca wracam tam na miejsce, więc już zaproponował, że odbierze mnie z lotniska i przenocuje. Poza tym, mamy zaplanowany weekendowy wypad do innego miasta oraz niedokończony temat wyprawy do innego kraju. Dziwne to wszystko, jest jeszcze czas i mnóstwo spotkań na żywo, które mam nadzieję rozjaśnią sytuację, ale...
Szczerze? Nie wiem, jak to wszystko odbierać. Nigdy nie miałam sytuacji, aby z kolegą czy przyjacielem być w tak intensywnym kontakcie. Taki kontakt miałam tylko z facetami, którym się podobałam. Różnica jest jednak taka że wiedziałam od początku, że oni czują do mnie miętę. Tu i teraz nie wiem nic. On mi nic nie mówi. Może nie czuje nic więcej poza zwykłą sympatią, a może nie mówi dlatego, że nie wie jak. Raz może zdarzył mu się romantyczny tekst - ale chyba w ramach żartów (tak to przynajmniej z kontekstu odebrałam).
Jestem świeżo po rozstaniu, patrzę na to z odrobiną dystansu i nie chcę się spieszyć, nie chcę kolejnego kwasu. Poza tym podchodzę do takich spraw zero-jedynkowo. Albo jesteśmy przyjaciółmi i kontaktujemy się jak przyjaciele, a nie jak para - codziennie i przez cały dzień. Albo jest między nami chemia i wisimy na tych telefonach (a prawda jest taka, że do tego "wiszenia" to on doprowadził).
Nie uznaję też sytuacji pt. całuski i przytulanie, a nie wiadomo na czym stoimy albo jesteśmy po przyjacielsku. Wydaje mi się, że mój kolega ma raczej podobne, dość konkretne podejście do tych spraw. Między nami nie ma dwuznaczności, z których mogłabym wyczytać intencje typu przespać się ze mną i do widzenia.
To, czego ja bym chciała, szczerze, to aby z czasem wyewoluował z tego fajny związek. W trakcie naszych rozmów zdałam sobie sprawę, że ten facet ma wszystko, czego chciałabym od partnera. Świetne poczucie humoru, energię, optymizm, pracowitość, daje pomoc i wsparcie, jest konkretny i umie podejmować męskie decyzje, wzbudza mój podziw, ma dobre wykształcenie, w młodym wieku niezłą pracę i stabilną sytuację materialną, a w dodatku ma w życiu szczęście. Brak mu tylko odrobiny delikatności, uczuciowości.. i wzrostu, bo o zgrozo jest trochę niższy ode mnie i niecałe 2 lata młodszy.
1. Jak widzicie jego relację wobec mnie - czy on chce czegoś więcej czy tylko przyjaźni?
2. Co zrobić, żeby go nie przestraszyć i nie stracić, a zarazem pomóc zmienić z przyjaciela w partnera?