Przyjaciółkę poznałam w liceum i byłyśmy praktycznie nierozłączne, w ciągłym kontakcie - widziałyśmy się albo w szkole albo po niej, potrafiłam wsiąść do autobusu po spotkaniu i pisać do niej smsa z jakąś głupotą, bo czułam potrzebę pisania jej o wszystkim i o niczym, doskonale się obie rozumiałyśmy. Gdy jej potrzebowałam albo ona mnie - wsiadałyśmy w autobus i jechałyśmy do siebie, bez względu na porę dnia. Podobało mi się to w naszej przyjaźni, że nie było wymuszonych pytań w stylu "co słychać" tylko pisałyśmy do siebie na okrągło, np. na facebooku każdą drobnostkę danego dnia, nawet jak tej drugiej nie było to wiedziałyśmy, że odczyta i odpisze.
Zaczęło się psuć jak zaszłam w ciążę. Z powodu złego samopoczucia w 6 miesiącu przeszłam na zwolnienie z pracy i siedziałam w domu. Ciąża była nieplanowana, co pociągnęło za samo mnóstwo obaw o to co będzie dalej, a wiadomo, że jak człowiek siedzi w domu to za dużo myśli i martwi się jeszcze bardziej. Nasz kontakt powoli zaczął słabnąć, wiele razy zapraszałam ją do siebie tłumacząc, że nie mam siły aby ruszyć się z domu gdzieś na miasto. Praktycznie za każdym razem jej wymówką był brak czasu, natomiast po 2-3 dniach potrafiła odezwać się do mnie i opowiadać, że była z kumpelą na zakupach, w kinie, na imprezie. Przykro mi było, że jednak czas znajdywała, ale nie dla mnie. W całej mojej ciąży widziałyśmy się może ze 3-4 razy.
Córka obecnie ma ponad 2 lata, a nasza przyjaźń już praktycznie nie istnieje. Był czas, że postanowiłam, że to ja zawalczę o tę przyjaźń - odzywałam się codziennie, ale wyraźnie bez jej większego zainteresowania. Córka jest chora, bardzo się o nią martwię, a przyjaciółka zbytnio się tym nie przejmuje, nie mogę liczyć na jej wsparcie. Raz trafiłam z córą do szpitala, napisałam jej o tym to nawet się nie odezwała, nie napisała nic żeby podtrzymać mnie na duchu, nie podjechała do nas. Jeśli już się odzywa to pisze przeważnie o sobie - że jest przemęczona, że ma za dużo obowiązków - praca, studia. Wszystko rozumiem, ale bądźmy szczerzy - brak czasu to tylko wymówka, jak się chce to można kontakt podtrzymać nawet na odległość, wystarczy telefon, wiadomość, cokolwiek. Tym bardziej, że na inne życie towarzyskie ma czas z tego co widzę. Obecnie spotykamy się co około 4 miesiące, mimo że nie mieszkamy nie wiadomo jak daleko od siebie. Ostatnie spotkanie uświadomiło mi, że chyba już nic z tego nie będzie - nie widziałam entuzjazmu z jej strony z naszego spotkania, czułam się jakby chciała tylko odwalić to spotkanie i mieć spokój.
Przykro mi, bo jest mi czasami ciężko z chorym dzieckiem, a na jej wsparcie już nie mogę liczyć, czuję się jakbym się stała za mało atrakcyjna pod względem spotkań, które niestety, ale muszą przeważnie być u mnie w domu, ponieważ nie mam nikogo kto zajmie się dzieckiem abym mogła wyjść, mąż często pracuje nawet w weekendy. Nie mówiąc o kompleksach jakie się u mnie pojawiły, czuję się już tylko jako "kura domowa", która według innych nic ciekawego nie robi.
Co myślicie o tym? Czy popełniłam gdzieś błąd?