tytuł prowokacyjny.
czas świąteczny to takie naszło mnie rozmyślanie.
z perspektywy życiowej, he he... bo chyba już taką mam.
doliczyłem sie kilkunastu kobiet w swoim życiu, z którymi było uczucie, był seks.
nie były to nigdy jednorazowe numerki, tylko dłuższe związki wielomiesięczne, albo wieloroczne.
oczywiście piszę o związkach pozamałżeńskich, i zdecydowana większość to były mężatki.
zawsze słyszałem że "z tobą jest mi najlepiej" "nigdy tak mocno nie przeżywałam" "nie wiedziałam że mogę to robić" "że mogę na to się odważyć" "nie wierzyłam że rozmiar ma znaczenie" "pragnę cię non-stop chyba jestem chora" "jesteś za czuły dla mnie" "wariuję przy tobie" ...i tak dalej.
ale to nigdy nie ja kończyłem związek.
nie jestem biedakiem. ale nie jestem też aż tak bogaty żeby nie pracować, albo kupować nowe auto co parę lat.
zawsze oferowałem możliwość zmiany naszego życia, zerwania poprzednich związków, rozpoczęcia wspólnego życia,
nie patrzenia na ograniczenia i problemy, tylko skupienia się na tym co nas łączy i co dajemy sobie.
ich wybór zawsze był inny. powrót do dzieci, powrót do "bogatszego" męża, do dostatniejszego, pewniejszego życia.
do obowiązków zadowodych. do obowiązków wychowaczych. zawsze był większy dom, albo ważniejsze stanowisko męża. zawsze coś się znalazło "ważniejsze" od uczucia.
nie chcę, żeby to była dyskusja czy wolno, czy warto "pozamałżenskie"? itd.
można sobie na ten temat poczytać na tym forum godzinami.
dyskusja ma być na temat: czy kobiety zawsze wybierają "opiekuńczość" nad "przyjemnością"?
tak na dłuższą życiową perspektywę.
