Witam, sama nie wiem czemu pisze tutaj ale najwyrazniej potrzebuje sie wygadac. A moze raczej wypisac to wszystko co we mnie siedzi, jednoczesnie roniac lzy.
Obecnie jestem w momencie, gdy zastanawiam sie czy zwiazek, w ktorym obecnie jestem ma sens i czy warto w ogole ciagnac go dalej... Dalej w sensie wzisc slub,ktory nie ukrywam zaczal sie powoli realizowac. Ale od poczatku.
Mojego A.znam od dobrych 3 lat. Wpierw byla to luzna znajomosc,ktora poprzez intrygi znajomych zamienila sie w zwiazek. Z czasem zamieszkalismy razem. Byly gorsze i lepsze dni ale ogolnie zwiazek uznawalam za dobry. Przyszedl czas na zareczyny a potem jego wyjazd na pol roku do Francji. Przyznaje ciezko bylo przetrwac to. W ciagu tego jego pobytu dochodzilo miedzy nami do coraz to wiekszych spiec o glupoty. Serio czepialismy sie o pierdoly a przy okazji wywlekalismy to, co nas boli od dluzszego czasu. W pewnym momencie pojawily sie problemy: szef zatrzymal wyplacanie kasy a ja stracilam prace. I choc jego sytuacja sie szybko wyjasnila,bo wina lezala po stronie banku, to moj problem bycia bezrobotna przeszedl bez echa. Nie liczylo sie to,ze siedze na garnuszku jego matki, ze jest mi wrecz glupio i wstyd pozyczac kase na jego rachunki,bo on na czas mi nie przeslal kasy. W tym okresie moje samopoczucie sie nie liczylo,wazne byly jego problemy. I dziw bierze,ze wiecej wsparcia otrzymalam od jego matki niz od samego A. Bo przeciez to jemu jest zle tam, bo przeciez to on sie meczy, bo to on ma problemy z szefem a na moje zmartwienia uslyszalam tylko "martw sie o mnie a nie o siebie". Z czasem zaswiecilo sie swiatelko,ze moze cos uda mi sie nagrac i...to tez nie zostalo skomentowane. Stres jaki mialam przed rozmowami i wiare w siebie otrzymalam od przyjaciolki,bo od narzeczonego nie moglam. Wazniejsze bylo jego samopoczucie.
Dzis siedze w domu i zastanawiam sie co mam poczac. Kilka godzin temy dzwonil moj i poinformowal mnie,ze z mojej winy samoloty maja opoznienie. Miedzy tymi slowami lecialy przezwiska i moja mama az za glowe sie zlapala,gdy uslyszala ton glosu A.
Okazuje sie bowiem,ze nie ma on do mnie szacunku za grosz, a ja slepo wierze ze zmieni sie. Przyjaciele murem stoja za nim, jakby grama winy nie bylo. A ja, moze i gram na nerwach,moze jestem uparta i czasami zbyt emocjonalna ale chce dobrze. Nie kazalam mu jechac i siedziec tam tak dlugo, nie kazalam mu mi sie oswiadczac. A jednak moja wina jest we wszystkim. A najgorsze jest to,ze A.probuje wzbodzic we mnie poczucie winy, ze niby ja bede miala swieta a on nie... Jednak on nigdy swiat nie obchodzil bo jest ateista, wiec nie pojmuje tego a ilekroc mu zworce uwage na ten temat zaraz jest zadyma.
Pytanie co robic? Czy to ma sens? Czy moze lepiej wyprowadzic sie i wrocic do rodzinnego domu czy moze zostac tam i pracowac ale mieszkac samej?!