Witajcie
Opowiem Wam moją historię i problem, z którym nie potrafię sobie poradzić.
Półtora roku temu wyjechałam na półroczny staż do Francji, razem z przyjaciółką z wydziału. Po stażu, obie zafascynowane kulturą, sposobem myślenia, a także lepszymi możliwościami zawodowymi niż w Polsce postanowiłyśmy spróbować dostać się na francuskie studia magisterskie. Przez kilka miesięcy intensywnie uczyłyśmy się języka (wcześniej uczyłam się w liceum, ale to nie to...), no i udało się. Traf chciał jednak, że wylądowałyśmy w innych miastach, 400 km od siebie.
W moim przypadku był jeszcze jeden czynnik. Całkowicie przypadkiem poznałam fascynującego faceta. Na początku miała być tylko zabawa i wspólne spędzanie czasu, zwiedzanie pięknych francuskich miasteczek... on mieszkał 400km od miasta, gdzie odbywałam staż, widzieliśmy się raz na jakiś czas, wszystko było na luzie, w międzyczasie spotykałam się z innymi
jednak pod koniec stażu zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że to coś więcej. Gdy widzieliśmy się po raz ostatni nie wiedziałam, czy jeszcze spotkamy, i było to straszne.
Ale udało się. Mieszkamy 100km od siebie, jednak R. przyjeżdża tu raz w tygodniu i w weekendy, także widzimy się 4 wieczory w tygodniu. Często wyjeżdżamy, zwiedzamy, chodzimy na koncerty, spotykamy się z ludźmi... JEGO znajomymi.
W czym więc problem?
Nie potrafię się zintegrować. Proszę, pomóżcie mi spojrzeć na siebie z innej perspektywy, bo ja już nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z ludźmi wokół... W poniedziałek rano R. wyjeżdża do siebie, do pracy, a ja zostaję sama w mieszkaniu i ryczę do poduszki.
Przyjechałam tu już w wakacje. Na początku mówiłam sobie: zacznie się szkoła, będzie lepiej, przestaniesz być od niego zależna. Niestety, minęły już 2 miesiące studiów, a ja nawet nie zaprosiłam jeszcze nikogo na domówkę. Mam wrażenie, że wszyscy traktują mnie jako "małą Polkę", która i tak za pół roku wróci do siebie. Problem w tym, że moje studia mają trwać dwa lata i nie wyobrażam sobie, jeśli będzie to wyglądać tak jak teraz. Nie wiem, co mam zmienić w swoim zachowaniu. Dopóki sama nie zacznę z kimś rozmawiać, ludzie pytają tylko "jak leci", na co obowiązkowo trzeba odpowiedzieć "świetnie, a u Ciebie"... taka kultura. Nawet jak ktoś zapyta, czy miło spędziłam weekend, nie wydają się zainteresowani, raczej jest to pytanie grzecznościowe. Męczy mnie to.
W Polsce na studiach zawsze miałam jedną lub dwie dobre koleżanki i wystarczało mi to. Tutaj mam jedynie R., ale czuję się już okropnie, gdy ciągle się mu żalę. On z kolei się o mnie martwi... wie, że czuję się jak "drzewo wyrwane z korzeniami" i nie wie, jak mi pomóc.
Za 3 tygodnie wracam do domu i to "trzyma mnie przy życiu". Jednak potem trzeba będzie wrócić. Zaczynam żałować, że w ogóle wyjechałam. Nie korzystam z możliwości, jakie tu są, nie spotykam się z ludźmi, bo nikt mnie nie zaprasza... Nie chodzę na konferencje, dodatkowe wykłady, bo mi sie nie chcę znów być miłą i uśmiechać się, gdy wszyscy wokół i tak mają mnie gdzieś. Znalazłam kurs tańca, który mnie interesuje, jednak jest dość drogi i nie chcę prosić rodziców o kolejne pieniądze. I tak jest im ciężko. Poza tym nie wiem, czy rozwiązałoby to problem, pewnie nie. Problem zapewne leży we mnie.
Wiem, że pewnie niektórzy z Was po przeczytaniu stwierdzą, że jestem rozpieszczoną księżniczką, która sama nie wie, czego chce. Tym bardziej czuje się winna, że jestem nieszczęśliwa. Swój tydzień dzielę na "czas z R." i "całą resztę, którą trzeba jakoś przetrwać". A nie chcę tylko przetrwać: chce być szczęśliwa, bo nie po to był cały ten wysiłek, masa problemów, nauki, pieniędzy poświęconych, abym mogła tu przyjechać.