Cześć. Jestem już nieco zdesperowany swoją relacją partnerską z moją narzeczoną stąd moja prośba o jakieś wskazówki, rady czy cokolwiek od Was Drogie Panie bo mi jest trudno samemu ocenić kto tu odjechał.
Staliśmy się dla siebie wrogami naszych własnych wolności...
Najkrócej jak się da: Moja kobieta jest młodsza ode mnie o 9 lat, ma aktualnie 26 lat i średnie wykształcenie. Posiadamy 1,5 rocznego wspaniałego synka którego oboje kochamy ponad wszystko. Jednak od dłuższego czasu mamy świadomość że to jedynie dziecko trzyma nas razem. Problemy nawarstwiają się i nie znajdują rozwiązań. Wszystko sprowadza się do tego, że jak ona twierdzi: "nie potrafię się wsłuchać w jej problemy, nie potrafię jej zrozumieć i odpowiednio się z nią komunikować". Każda moja najdrobniejsza uwaga w jej stronę jest obracana w rozmowę o tonie mojej dyskusji, o sposobie, o formie wypowiadania się i tym podobne sprawy. Przez to nie dochodzimy nigdy do sedna sprawy, nie rozwiązujemy kłopotów bo z trzaskiem drzwi rozchodzimy się po pokojach.
Zaznaczę tu, że nie ma tu mowy o jakichkolwiek krzykach czy wrzaskach ani żadnej przemocy. Ja chce ratować i budować nasz związek, dałem jej wszystko co mam i czynami staram się to udowadniać. Jednak najdrobniejsze zwrócenie uwagi obraca miły poranek w totalną masakrę włącznie z tym, że okłada mnie pięściami. Dodam tu że ona słabo zajmuje się domem. Tzn świetnie gotuje - ale tylko dla gości, sprząta najdokładniej na świecie - ale raz na 2 miesiące. Nie potrafi sprostać codziennej rutynie, musi błyszczeć i być stale chwalona, nienawidzi regularności, jak ognia stroni od planowania i jakiejkolwiek dyscypliny. W życiu wiodło jej się lekko i przyjemnie i chciałaby aby tak pozostało. A ja stałem się jej naturalnym wrogiem. Gdy pojawiło się dziecko nie było możliwości już żyć inaczej.
A ja? w domu lubię porządek i schematyczne załatwianie spraw niezbędnych ale tylko po to by wieczorem móc się zająć własnym rozwojem, czytaniem, pisaniem, douczaniem. Mi nie wiodło się zawsze tak dobrze, ciężko pracowałem na to by dojść gdzie jestem, przeszedłem śmierć mojej wcześniejszej narzeczonej 4 lata temu kiedy świat zwalił mi sie na głowę. Objechałem z plecakiem pół świata z Afryką włącznie. Mogę nieskromnie powiedzieć, że mam otwartą głowę i dystans do świata. Byle co nie jest dla mnie problemem. Zajmuję wysokie stanowisko managerskie w firmie, mam skończone 2 fakultety i uwielbiałem swój świat. A teraz nie mogę się zwyczajnie wkurzyć w domu na zwykłą drobnostkę bo wiem że zostanę napiętnowany i zbesztany. i tak tłumie juz w sobie 90% rzeczy które bym powiedział. Ale nie da się żyć nie zwaracając sobie uwagi na rzeczy które nam nie pasują?. Najbardziej zależy mi na moim synku. Chcę obserwować każdy dzień jego życia i dla niego zaciskam zęby każdego dnia.
Ona zdaje sobie sprawę jak bardzo kocham dziecko i że przyjmę więcej na siebie. Wie że jak się rozstaniemy to nie będę go widywać codziennie?.
Moja narzeczona od 6 lat nie może skończyć studiów licencjackich tylko z własnego lenistwa, doskonale wiem ze jest zdolna i inteligentna by to zrobić. Mimo że ciągle opiekuję się dzieckiem, wstaję w nocy, karmię, zostaję na chorobowym gdy jest chory i gotuję mu zupki - wciaż nie znajduję u niej cienia satysfakcji, a wszystkie plusy zostają przysłonięte przez "mój ton rozmowy". Dodam, ze mieszkamy w moim mieszkaniu i jeździmy moim autem, Ona w sensie materialnym nie wniosła nic, nie potrafi też zbudować dobrej atmosfery w domu, postrzątać, zapalić świeczki itp. Gdy się kłócimy potrafi wyjśc z domu z trzaskiem, zabrac moje auto i zostawić mnie w domu z mopem w garści i głodnym dzieckiem biegającym po podłodze.
Powiedzcie mi proszę czy już jestem frajerem czy jeszcze mi coś do tego brakuje?