W naszej rodzinie kiedyś było wszystko inaczej. Mąż i ja przyjaźniliśmy się z jego rodzeństwem i ich drugimi połowami. Od jakiegoś czasu jednak, od kiedy zachowanie teściowej pogorszyło się w znacznym stopniu, pogorszyły się też wszystkie relacje pomiędzy rodzeństwem.
Najbardziej bezradnym jest się, gdy wie się, że teściowa (typ wiecznie narzekający, niezadowolony, który nigdy nic nie pochwali tylko zawsze znajdzie jakieś "be", do tego nie umie zachować się przy ludziach i robi dzieciom wstyd) nie jest szczera. Nastawia jedno dziecko przeciw drugiemu, kiedy to "gorsze" sprzeciwi się takiej a nie innej decyzji matki.
Kiedy z nią rozmawiamy, jestem zniesmaczona faktem że obmawia ona swoje dzieci, a potem przecież dzwoni do nich i umawia się z nimi. Od jakiegoś czasu szwagier i szwagierka odsunęli się od nas, mimo, że nie było między nami żadnej kłótni czy nieporozumienia. Śmiem sądzić, że prawdą jest to, co zawsze mi mówiono: "Ktoś przy Tobie obrabia komuś tyłek? To bądź pewna, że potem razem i Tobie tyłek obrabiają". I to jest chyba prawda. Bo jak wytłumaczyć to wszystko?
Każdy w tej rodzinie ma do każdego żal. Teściowa "sprzedaje" nam, co powiedziała moja szwagierka, nie wiem czy nie ubarwia. Wygląda to tak, jakby teściowej zależało na skłóceniu wszystkich. Dziwne to bo potem narzeka, że rodzina jest w rozkładzie. A sama do tego doprowadza swoim zachowaniem.
Robieniem różnicy pomiędzy synami i nastawianiem jednego przeciw drugiemu "Ale ten X. to zgłupiał po tym ślubie, taki się zrobił nijaki" albo "Jego żona nic nie robi, za mało, a on się biedny zaharuje" (nie ma to jak matczyna "troska"), doprowadziła do sytuacji, że mój mąż rzeczywiście obrósł w piórka i chyba p[ostrzega brata jako gorszą kategorię. Doszło do tego, że jak siedzą razem to jeden nie wie co do drugiego mówić.
Wszystkie dzieci tej kobiety widzą jej zachowanie i unikają jej bo mają dosyć. Mój mąż także. Ale że pokutuje przekonanie że matka to zawsze matka, to koniec końców, choć lediwe dzierżą kolejne spotkanie pełne żalów i trjącej atmosfery, i tak wysłuchują tych narzekań. Zostawić matkę samą sobie - głupio. A przebywać z taką osobą - katorga dla wszystkich.
Jak kolejna wizyta upływa pod znakiem jej zrzędzenia, mąż dystansuje się. Ale jak tylko to następuje, matka dzwoni rozżalona, że jej źle, że już nie wytrzymuje. I wynajduje sobie jakąś naglącą potrzebę więc dzieci znów lecą bo co będzie z matką. Z jednej strony ciągle narzekają nawet do mnie na nią (a ja w sumieniu narzekam sama do siebie bo też mam dosyć) a z drugiej nie zwrócą uwagi jak robi wstyd, jak gada durnoty przy ludziach. Nikt jej nie ustawił to już nikt nie ustawi. Chyba...
Najbardziej mnie boli, że z fajnej paczki rodzeństwa staliśmy się jak obcy ludzie. Nam nie raz powiedziała że tamta synowa powiedziała o nas to czy to, i kto teraz to zweryfikuje czy to prawda? Znając wyobraźnie teściowej to nie jest prawda. Pewnie analogicznie robiła na nasz temat. I dziwić się, że każdy ma do każdego dystans? Który uniemożliwia normalną zdrową rozmowę??
Jak dawniej razem chodziliśmy z pozostałym rodzeństwem meza na spotkania, do kawiarni, to miała kwaśną minę zamiast cieszyć się, że dzieci są razem, ze chcą się ze sobą znać. Teraz jak jest to w rozscypce to zdaje się być chyba wreszcie kontent...
Jest ona typem, który zawłaszcza, nie odda "swego". Z narodzin wnuczki i wnuka nie cieszyła się, krytykuje każdy ruch młodych matek tych dzieci, nawet data przyjęcia urodzinowego jej nie pasuje. Chrzest to samo. Wesele syna sprzed 3 lat to samo - dlaczego nie w lipcu/kwietniu/..... - wiecznie DLACZEGO NIE.....(i tu dodać). Mam dość. Z mężem dawniej kłociliśmy się o te sprawy ale teraz dałam za wygraną, on sam ma dosyć swojej matki. Mówi, że nie jest dobrze z nią ostatnio, że może to poczatki jakiejś choroby psychicznej bo nie jest to wszystko normalne.
Jak pomóc nam jako rodzinie?