Hej wszystkim.
Mieszkam od ponad roku z chłopakiem. Ponoć myśli o mnie poważnie, pojawiają się z jego strony wizje dotyczące wspólnej przyszłości. Między nami bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej. Ale od dawna mam wątpliwości odnośnie tego, jak to wszystko by miało wyglądać w praktyce. Regularnie powraca problem podziału obowiązków domowych. Kończę studia i mam trochę więcej czasu na 'dom' niż on, który pracuje często do późnych godzin nocnych. I nie obijam się jak o to chodzi, sprzątam, gotuję, robię pranie, jak on wraca ma już podane wszystko pod nos. Natomiast niedawno ja też pracowałam, równocześnie studiowałam dziennie i wtedy zobaczyłam, że tak na dobrą sprawę cały dom zostaje na mojej głowie bo wsparcia praktycznie z jego strony nie mam. Jak miałam problemy w pracy czy z promotorem na uczelni to też nie mogłam się mu wygadać bo cytując go ,,takie życie''. Od kilku dni już nie pracuję, nie dałam rady pogodzić tego wszystkiego i musiałam zrezygnować. Irytuje mnie to, że chłopak nie wykazuje chęci pomocy w domu, mieszkamy sami i oboje powinniśmy się starać, żeby było miło, czysto i przyjemnie. A ja już mam dosyć tego, że muszę wysłuchiwać jego narzekań, wymówek, uników w sprawie np wynoszenia śmieci czy wręcz prosić się, żeby chociaż czasem zmył naczynia. Wkurza mnie to, że muszę robić za niego, a przecież żoną jego nie jestem i nie mam takiego obowiązku! Jeszcze mam wrażenie, że nie zawsze docenia to, że ja się staram. Nie zauważał, że cały dom wysprzątany, nie skomentował obiadu... Dopiero jak mu powiedziałam, że mi przykro to czasem coś powie. Mam wrażenie, że tylko mi zależy na tym, żeby dbać o dom i o wszystko co poproszę czuję jakbym wymuszała po jego reakcji. Tak jest nawet jak ma wolne i siedzi w domu. Dzisiaj rano już się przelała czara goryczy. Poszło o bzdurę wg niego a wg mnie o zasadę. Jak nie mieszkaliśmy jeszcze razem i zostawałam u niego na noc to zawsze robił śniadania a ja obiady, bez marudzeń i gderań, a dzisiaj zrobił sobie sam śniadanie, nawet nie zapytał czy ja też coś chcę, to się zirytowałam totalnie, bo ja mu wszystko pod nos zrobione podsuwam a on nawet głupiego śniadania nie może mi raz na kilka miesięcy zrobić? Jak mu to powiedziałam, to stwierdził, że przecież nie będzie się specjalnie ubierał i schodził jajka kupić, to już się zirytowałam totalnie i mu odpowiedziałam, że jakoś jak ja schodzę po kilka razy dziennie do sklepu żeby miał co na obiad zjeść to nie ma z tym problemu to nie miał już co na to odpowiedzieć. Standardowo widział że jestem zła i smutna a zachowywał jakby się nic nie stało i mu humor dopisywał, ja nie wiem jak z nim rozmawiać, ile można to samo jak i tak nie dociera. Pomóżcie bo ja już mam dosyć, poszedł do pracy i się nie odzywamy, nawet nie wiem czy wróci do domu na noc.