Witajcie drogie Panie!
Na wstępie zaznaczam, że jestem facetem. Tak, zarejestrowałem się tu, bo to praktycznie moja ostatnia deska ratunku. Chciałbym opisać Wam historię mojego 7-miesięcznego związku, poradzić, co mam dalej robić. Wiem, że każda kobieta jest inna, ale na pewno psychologia Waszego działania może być Wam bliższa niż mi, mogę dzięki temu uratować szansę swojego życia.
Mam 20 lat, pochodzę z "dalekich wschodnich stron", ale obecnie studiuję w Łodzi. W 2013 roku zacząłem pierwszy rok studiów, poznawałem nowych ludzi (syndrom wieśniaka w wielkim mieście). Już w listopadzie moją uwagę skupiła piękna, cudowna dziewczyna. Wiedziałem, że będę o nią walczył. Pisaliśmy długo, nie znając się potrafiliśmy przegadać po kilka godzin dziennie. Widzieliśmy się 2-3h w tygodniu i to było za mało, wiedziałem, że będę chciał czegoś więcej. W międzyczasie (okolice grudnia) pojawiła się inna dziewczyna. Nie ukrywam, że zakręciła mi w głowie, ale w styczniu dowiedziałem się w rozmowie z nią, że ma chłopaka. Odpuściłem, i tak nie łączyło nas nic poza tym, że blisko mieszkamy i czasami rozmawiamy - w lutym przeszło mi już całkowicie, nie spotkałem się z nią nigdy, chociaż rozmawiamy, jeździmy razem autobusem na wydział - traktuję ją jak koleżankę. Od stycznia zacząłem spotykać się z moją byłą/obecną dziewczyną. Tak, to ta piękność, o której wspominałem na wstępie. Pod koniec miesiąca poszliśmy na kawę, następnie kino, herbata, filmy i tak się stało, że w marcu była już moją dziewczyną. Od kwietnia dzień w dzień powtarzałem jej, że ją kocham, że jest dla mnie najważniejsza. Każdego dnia udowadniałem jej, że mi na niej zależy, prosiłem, żebyśmy spędzali razem jak najwięcej czasu. Wytrzymaliśmy 3 miesiące wakacji bez siebie, widząc się jedynie na skajpie. Po wakacjach miało być lepiej, mieliśmy spędzać ze sobą wszystkie możliwe godziny. Zapisaliśmy się na te same zajęcia, a ona od początku października była chora, w dodatku została bez telefonu, więc zaproponowałem, żeby przez tydzień czy dwa mieszkała ze mną. Tak się stało, do środy (15.10) była u mnie. Oddawałem jej wszystko, przynosiłem śniadanie do łóżka, czekałem długimi godzinami aż skończy zajęcia - wszystko. Było naprawdę cudownie, chociaż ona wcześniej nigdy nie była w związku tego typu i miała opory przed wieloma rzeczami (nigdy mi np. nie powiedziała, że coś do mnie czuje, że jestem dla niej ważny). W środę, w luźnej rozmowie, przyznałem, że na początku miałem 2 opcje, ale szybko mi przeszło, nie czuję nic do tamtej dziewczyny, udowadniałem swoją miłość tylko jej. Tak było, wie to każdy, kto mnie zna, nawet nie myślałem, że mógłbym być z kimś innym, niż ona. Zaczęło się czytanie wiadomości, pytania, itp. Przestała mi zupełnie wierzyć, a ja czułem się jak w "Dniu świra", bo nawet nie pomyślałem przez moment, że mógłbym być z kimś innym. Gdyby tak było, po co prosiłbym ją o spędzanie ze mną każdej możliwej chwili? Zapisywał się na te same zajęcia, by z nią być, czekał na nią, poznawał jej rodziców, itp? Po co? Wmówiła sobie coś, nie byłem w stanie jej w żaden sposób przekonać...Powiedziała, że robimy 2 tygodnie przerwy, a po nich najprawdopodobniej to zakończy. Ale uwaga!
Wczoraj wersja się nieco zmieniła. Zaczęła mówić o tym, że nie jest gotowa do związku, że ją to przerasta, że chce wolności, nie chce się angażować...Z jednej strony - dorosła osoba, 20 lat, niektórzy w tym wieku biorą ślub, mają dzieci - a ja tego nawet teraz nie chciałem...Chciałem z nią po prostu być, jako para. Było nam dobrze. Z drugiej strony - nigdy nie była w takim związku, więc może. Nie wiem...
Od 3 nocy nie śpię, nie jem, mam myśli samobójcze. Naprawdę mi na niej zależy, ale to nie jest dziewczyna w typie "kup kwiatka, pojedź i przeproś", a bardzo skomplikowana i delikatna osoba. Kocham ją najmocniej na świecie i nie wiem co będzie, jeśli nie będziemy ze sobą.
Wczoraj padła też propozycja friendzone. Mam być jej kolegą, ale nie całować jej na powitanie, nie siadać koło niej, nie spotykać się z nią. Nic. Kolega z facebooka. Tylko jaki to ma sens, kiedy ja nadal ją kocham, jej też nie jestem obojętny, przez 7 miesięcy było nam bardzo dobrze...jaki?
Liczę, że jakoś mi pomożecie, napiszecie jak wyjść z tego stanu, czy mam się odzywać przez te 2 tygodnie, czy dać jej w spokoju przemyśleć sprawę, wrócić. Przede wszystkim - czy wróci.
Dzięki,
sQuare