Poznaliśmy się przypadkiem via GG.Pomyliła numery ,ja ją spuściłem na drzewo.
Z czasem przeszliśmy od lekkich rozmów po ciężkie tematy.
Ja w tym czasie byłem z kimś związany.
Nie da się opisać wszystkiego bo trwało to lata ,6-7?...Widywaliśmy się sporadycznie. Ale od pewnego momentu kontakt komunikator/telefon mieliśmy permanentnie. Tysiące godzin.Wiem o niej bardzo dużo, od błahostek po bardzo intymne i wstydliwe.Zastanawiałem czemu tak jest.O nic nie pytałem.Stopniowo sama mówiła. Powstała jakaś forma przyjaźni.
Ona - po ciężkim rozwodzie,z przemocą fizyczną.Sama z dzieckiem.Potem seria nieudanych związków,które czasem omawialiśmy.
Resztę przemilczę. Zdarzały się z jej strony propozycje przekroczenia granicy.Delikatnie odmawiałem.
Cały "cyrk" się zaczął kiedy mój związek uległ zakończeniu.W skrócie: decyzja o rozwodzie.Nic jej nie mówiłem, to była moja osobista porażka.Zawsze uważałem małżeństwo za nierozerwalną świętość.
Mijaliśmy się grafikami, ja dopóki nie wypalił się mój związek trochę unikałem spotkań ze względu na zażyłość jaka między nami zaistniała (przynajmniej tak to odbierałem).Któregoś dnia okazało się że będąc na imprezie zaczęła do mnie pisać, że nie może o mnie przestać myśleć mimo że jest z kimś.
W końcu nadarzyła się okazja, spotkaliśmy się.Przyjechała .Kilka godzin rozmów przy stoliku w kawiarni. Na odchodnym,chciałem się uprzejmie pożegnać ,mimo że miałem świadomość że nie jest mi obojętna.Bardzo nie obojętna.Podać rękę.. I tu nastąpił jej ruch.Nazwijmy to długim przełamaniem bariery fizycznej.Nie takim jak po alkoholu na imprezie...
Potem znowu kontakt na dystans, miała problemy z prześladującym ją facetem z którym do tej pory się spotykała.
Przypomniałem sobie jej demony.Czemu rozstała się z mężem, jak ją śledził (niebieska mundurówka).
Pojawiła się kolejna okazja, mieliśmy zbieżne urlopy.I tu się zaczęły schody. Nie dało rady umówić się na spotkanie,kawę nic.
Ciągle jeździła załatwiać ciągnące się sprawy sądowe związane z dzieckiem, potem wypadała na imprezy ze znajomymi.
Gdzieś tam się zirytowałem i powiedziałem co o tym myślę.Wyjechałem na weekend.Wyłączyłem telefon. Wróciłem: wiadomość na FB.Że nie można mi wysłać SMS, dodzwonić się ,ani wysłać informacji na komunikatorze....
Kontakt nagle z jej strony odżył, tydzień codziennych wieczornych telefonów.
W międzyczasie, dowiedziałem się w ten sposób że podobno w każdym szukała mnie.Że od pewnego momentu... czekała czy rozejdę się z żoną, i uznała że nie.I wyparła mnie z głowy. Powiedziałem jej o rozwodzie.I moim ciepłym stosunku do niej samej.Była w szoku."Nie sądziłam że Ty..." - kiedy ją zapytałem co ją tak zaskoczyło.
No i się zaczęło. Mieliśmy kilka sprzeczek.Z żoną rozstaję się w zgodzie i porozumieniu.Mamy małe dziecko i nie żywimy do siebie niechęci.
Jej (znajomej)się nie podobało (chociaż może dziwne dla niej było) że nie wyprowadzam się od razu,tylko stopniowo.Że zanim papiery w sądzie wylądowały, ustalamy spokojnie wszystkie szczegóły nie plując na siebie jadem,z przerwami aż emocje opadną po rozmowach.
Po którejś z tych sprzeczek wyjechałem odpocząć ,od wszystkiego.
Telefon: miałam wypadek samochodem,była w ciężkim szoku ,mówiła od rzeczy.Dopiero jechało pogotowie . Poturbowana tylko na szczęście.Nikogo w domu nie ma, znajomi powyjeżdżali.Byłem podcięty, więc dopiero po otrzeźwieniu pojechałem.Po drodze dzwoniła i opowiadała. Potem szpital, bo wyszło że ma urazy szyi ,chciała jechać komunikacją miejską.Zabrałem ją tam. Potem znów ciepło i miło.
I nagle.Amba ,wcięło. Zajęta.Milion szablonowych odpowiedzi. Jednego dnia wieczorem mówi ze jest padnięta i nie ma siły się zobaczyć,następnego dzwoni i mówi właśnie siedzi na działce,usnęła o 3ciej, wszyscy się popili a ona miała ubaw bo przez leki po tym wypadku nie mogła.I wyszła na spacer żeby ze mną porozmawiać bo przy nich nie chciała tego robić. I kilka podobnych sytuacji.
Ale dalej coś było nie tak .Jakby coś ukrywała...Drążyłem ,mimo że bywała ostra, kombinowała.Szlag mnie trafił już.Powiedziałem co myślę o takim traktowaniu, i dałem do zrozumienia że nie chcę z nią kontaktu.
I już wiem.
Pojawił się były, ktoś z kim miała poważny związek kilka lat temu.Nie pytałem ile. Odnowił kontakt i ... oświadczył się.Chce mieć ją za żonę, i mieć dzieci.Ona nie może się zdecydować, zgodzić się czy powiedzieć "nie" i zamknąć rozdział...Bo wróciły wspomnienia i pamięć o dobrych chwilach. Pojawił się krótko po wypadku. Na moje oko 2-3 dni... Dopiero jak ją nacisnąłem, usłyszałem że daje sobie dwa miesiące na przemyślenia, bo informacja o mnie spowodowała że ma problem z decyzją.
Domyślacie się jak się poczułem. Nie byłem agresywny,ale ostro powiedziałem co o tym myślę.O braku szczerości przez prawie dwa miesiące.A na ogól jestem spokojny i opanowany.Powiedziałem żeby na razie się ze mną nie kontaktowała...
Wg mnie temat jest skończony ,dla mnie.
Zastanawiam się co mi umyka?
Gdzie pomiędzy informacjami od niej kim dla niej jestem, jak bardzo o mnie się starała, oraz jej inicjatywą "na żywo" itp. byciem pierwszą podobno osobą do której zadzwoniła świeżo po zderzeniu,coś mi umknęło?
Pytam ,bo mam syndrom "wiem lepiej". I jestem tego świadom, dlatego czasem wolę stanąć z boku i zadać pytanie:Co o tym sądzicie?
Gdzie tkwi błąd?