Witajcie,
Piszę, bo ból jest zbyt silny, mam wrażenie, że trawi mnie od środka... Muszę się komuś wyżalić, więc proszę o wysłuchanie Was.
Mam 20 lat, w tym roku przeżyłam swoją pierwszą, 'wielką' miłość. Starałam się nie dostrzegać jego wad, jednak jego słowa i zachowanie stało się z czasem coraz bardziej raniące.
Zero opiekuńczości, troski czy zainteresowania. Nie czuł potrzeby rozmawiania ze mną przez telefon, wymienialiśmy kilka sms-ów dziennie i z jego strony z czasem zaczęło to wyglądać na taki 'odfajkowane', mogę dalej sobie grać. W związku ważna jest rozmowa, dlatego starałam się rozmawiać o swoich obawach, oczekiwaniach, o tym co mnie rani. Mówił "ja się nie zmienię.".
Jestem DDA, dlatego potrzebuję zapewnień o uczuciu, z jego strony nie mogłam liczyć na coś takiego. Byliśmy razem prawie 7 miesięcy, a gdy minęło prawie 6, to zgodziłam się na współżycie. Chciałam tego, chciałam zrobić to z osobą, którą kocham i która kocha mnie. Jak się okazało, z jego strony było to tylko kłamstwo.
On uważał, że facet nie powinien robić tego i tego, w sensie, nie dbał o stereotypy. Nie czuł potrzeby odprowadzania mnie, bo po co, możesz wrócić sama. Tyle razy wracałam późno w nocy od niego nocnym autobusem z pijanymi ludźmi... Mówiłam mu, że się boję i chcę żeby mnie odprowadzał, mówił, że robię wielki problem.
Miał wiele partnerek, dziewczyn... ale tylko na chwilę. Kiedyś mi powiedział, że on nie szuka dziewczyny, one go znajdują, że on nigdy za żadną nie latał i nie będzie.
Wszystko było ok, ale gdy skrytykował moją rodzinę, to się wkurzyłam. Jakim prawem wydawał osądy, jak on sam wszystko dostawał na tacy. Wygodne życie, nie przywiązywanie się, egoizm w czystej postaci...
Tak, był egoistą. Wszystko miało być robione pod niego. Uważał, że nad związkiem nie trzeba pracować, bo jak nie z tą, to z inną. Chciałam być tą, która go zmieni, kochałam go, wierzyłam, że nie będę dla niego jedną z wielu. Jak wspominał o wcześniejszych związkach - bolało.
Nie jestem bez skazy. Jego słowa mnie raniły, więc popadałam w przygnębienie. On odbierał to za 'fochanie'. Chciałam żeby był bardziej wylewny w uczuciach. Może go zmęczyłam?
On mi kiedyś powiedział, że on się bardzo szybko nudzi, że to co robi po jakimś czasie przestaje sprawiać mu przyjemność. Teraz zmienił studia, bo po prostu miał za dużo poprawek, nie chciało mu się walczyć o poprawę, bo już go to nie interesuje. Tak samo z hobby, z dziewczynami, ze mną...
Pojechaliśmy na wyjazd, ale na następny dzień wróciliśmy. Jeszcze dzień wcześniej rozmawialiśmy, chociaż on starał się unikać takich rozmów, i na pytanie "byłoby Ci ok, gdybyśmy się rozstali", powiedział "dałbym sobie radę". To mi dało do myślenia. Czy tak mówi facet, który kocha?
Na następny dzień powiedziałam mu, że wydaje mi się, że mu na mnie nie zależy, że jestem tylko dla niego urozmaiceniem. Nic nie powiedział. Na pytanie, czy wgl chce być ze mną "nie wiem", czy mnie kocha? "nie wiem.", a czy kochał? "myślałem, że kocham. Miałem taką nadzieję.".
Łzy mi leciały, a ten na mnie tylko patrzył, bez słowa, bez współczucia, bez niczego... Tragedia. Poczułam się tak zraniona, tak oszukana. On mi sam wyznał uczucie, zrobił to pierwszy, bez żadnych nacisków z mojej strony. Ja mu oddałam siebie, swoje uczucia, swoją cnotę, a on mi teraz mówi, że miał nadzieję, że mnie kocha? Ja.... Serce mnie boli.
Wszyscy mi mówią, że był zwykłym egoistą, palantem. Wiem to, miał więcej wad niż zalet, ale był moim pierwszym...
Najlepsze jest to, że po 5 dniach przerwy odezwałam się do niego, chciałam się z nim spotkać, pogadać, albo naprawić, albo się rozstać jak ludzie, a on co? Nie ma czasu, nie jest zainteresowany. Na pytanie, czy przez ten czas nie zatęsknił za mną, powiedział "Nie. Smutne, co?"... Jezu. Jak to zabolało ;(
Wiem, że za jakiś czas ból powinien minąć. Ale ile to zajmie? Kiedy będę mogła się obudzić wypoczęta? Kiedy przestanie mnie boleć serce, łzy nie będą cisnąć mi się do oczu, nie będę miała problemów z żołądkiem i będę mogła normalnie jeść?
Najbardziej denerwuje mnie fakt, że ja cierpię, a on... jego to nie rusza, on nic nie czuje. Niedługo znów sobie kogoś znajdzie na chwilę, a ja?
Teraz boję się samotności. Jest ona dla mnie dziwna, nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Mam przyjaciółki, ale większość z nich już kogoś ma. Boję się, że nikogo nie spotkam, bo lubię swoje grono przyjaciół, nie przepadam za imprezami i klubami, że nikogo nie zdołam pokochać, nie będę mogła się przed następną osobą otworzyć, zaufać jej... Albo co gorsza, że nikt nie będzie w stanie mnie pokochać.
Bo czemu nie okazałam się wystarczająco dobra, aby go zmienić? Żeby sprawić, że poczuje coś, czego nigdy jeszcze nie poczuł?