Jesteśmy małżeństwem od 11 lat. Mam 35 lat, on 42. Mamy 2 dzieci w wieku 6 i 3 lata. Pochodzę ze wsi, on z miasta. ślub wzięliśmy zaraz po moich studiach, on już wtedy pracował, rozwijał swoją firmę. Nie chciałam od razu decydować się na dziecko, tylko najpierw trochę popracować, zdobyć doświadczenie, mieć jakiś start. Udało się. Zawsze miałam swoje konto, czułam się w miarę niezależna. Pracowałam, chodziłam na kurs językowy, z koleżanką jeździłam na basen.
Zmiany przyszły, gdy pojawiły się dzieci, a ja zdecydowałam się na macierzyński a potem wychowawczy - nie mogłam skorzystać z pomocy babć i nie chciałam korzystać ze żłobków. chciałam, żebyśmy wychowywaniem naszych dzieci zajmowali się sami. Dzieci są alergikami, bardzo dużo chorują, muszę pilnować im diety. Efekt jest taki, że od 6 lat nie pracuję, nie rozwijam się.Najpierw mieszkaliśmy w mieście, 3 lata temu przeprowadziliśmy się na wieś, gdzie nikogo nie znaliśmy, w związku z budową bardzo często dochodziło do kłótni.Nie lubi, gdy na niego krzyczę, ma taki uraz z dzieciństwa.Pierwszy raz mnie uderzył, gdy byłam w 1. ciąży, później gdy Mała miała 4 miesiące.Kiedyś, na oczach 3 letniego i 7 mies. dzieci kopnął mnie w nogę tak mocno, że wylądowałam na pogotowiu, bo myślałam, że mi uszkodził kość. - po czym pojechał do kościoła na mszę.
Ostatnio znowu na oczach dzieci mnie spoliczkował, wykrzyczał, że jestem szmatą, idiotką, kompletnym zerem.
Następnego dnia na mój warunek przeprosił na oczach dzieci - choć nie wierzę w te przeprosiny, dla mnie są nieszczere, takie, byle odbębnić, choć dla niego zamykają sprawę i problem nie istnieje.
Zwykle zaczyna się od drobiazgu, o którym nie powie, że cos nie gra. Potem dochodzi coś jeszcze i gdy się tego uzbiera, nie odzywa się przez jakiś czas aż nagle z byle powodu wybucha.2 razy wzywałam policję.Zawsze twierdzi, że go prowokuję - swoimi uwagami, krzykiem, czepianiem się o pierdoły np. dotyczące dzieci ( np. nie potrafi ubrać dzieci, zamienia im ubrania i w ten sposób starsze ubiera w za małe ciuchy młodszego). Ale generalnie jest bardzo dobrym ojcem, poświęca im czas, ma świetny kontakt z dziećmi, zwłaszcza ze starszym.
Dla mnie jest osobą zamkniętą w sobie, nigdy nie lubił z mną rozmawiać ("bo o czym można z tobą rozmawiać, skoro niczym się nie interesujesz?"), podobno tyle zawsze się nagadał w pracy, że w domu chciał odpocząć. Jeśli ja nie rozpocznę rozmowy, z niego trudno cokolwiek wydusić.W naszym życiu króluje nuda - dzieci dużo chorują, dlatego od jesieni do wiosny to jest siedzenie w domu, nie spotykamy się ze znajomymi, nie wychodzimy.W łóżku zawsze było beznadziejnie, przez 10 lat zwalał winę na mnie. Aż zaczął łykać jakieś prochy, dzięki którym było nawet ok.
Są takie momenty, że jest ok, ale boję się. Że kiedyś oberwę znowu, bo powiem albo zrobię coś nie tak.
Najbardziej jednak boli mnie, że dzieci na to wszystko patrzą - na brak szacunku między nami. Chciałabym, żeby były szczęśliwe albo ze mną, albo z nim. Ale widzę, że gdy jesteśmy razem jest to coraz trudniejsze do osiągnięcia.
Rozwód? - nie powiem, że nie jestem bez winy, bo rzeczywiście często mu zwracam uwagę, krzyczę, choć coraz częściej milknę, bo się boję.
Łączą nas przede wszystkim dzieci, dom, poza tym niewiele mamy wspólnego.
Tylko nie mam pojęcia jak miałabym zacząć nowe życie. Sama? z dziećmi?
Pomóżcie, plis.