Czytałam forum od rana i uznałam, że jest to dobre miejsce, żeby w końcu z kimś porozmawiać.
Jesteśmy małżeństwem od 3 lat, w związku 12 lat, nie mamy dzieci, mamy własne mieszkanie, samochód, oboje pracujemy, jesteśmy zdrowi ? Od jakiegoś czasu chyba przestało nam zależeć. Problemy mamy głównie finansowe z komunikacją i bliskością.
Oboje prowadzimy własne firmy, które z racji tego, że działają od niedawna nie przynoszą super zysków. Comiesięczne koszty (kredyty, opłaty) są wyższe niż przychody, więc wesoło nie jest. Tematy finansowe sprawiają, że mąż jest bardzo zestresowany, rozmowa o pieniądzach lub jego pracy, kończy się zazwyczaj kłótnia, więc jest to temat tabu. Kłótnie bywają hardcorowe, później kilka dni chłodnej atmosfery i jakaś rozmowa która w miarę przywraca wszystko do normy lub bez rozmowy jakoś wracamy do normalnych stosunków.
Stres przekłada się także na seks. Kiedy już się kochamy, trwa to krótko i jest niezbyt satysfakcjonujące, choć zazwyczaj tego nie robimy (raz w miesiącu, czasem rzadziej, czasem odmawiam ja, czasem on). Ostatnio nie ma tez bliskości, nie przytulamy się, nie trzymamy za ręce. Żyjemy trochę obok siebie. Wieczory spędzamy przed komputerami (najczęściej pracując) lub oglądając tv.
Temat dziecka to kolejna bolesna sprawa. Zawsze kiedy dowiem się, że ktoś z naszego bliskiego otoczenia jest w ciąży, płaczę, mam kilka dni "depresji", a później oswajam się z tą myślą i obojętnieję. Wiem, że nie możemy mieć teraz dziecka ze względu na brak pieniędzy, a już powinniśmy je mieć, mamy po 30 lat i czuję, że to już ten czas. Racjonalizuję ten temat, wmawiając sobie, że to nieodpowiedzialne mieć dziecko nie mając odpowiedniego zaplecza finansowego (takie jest też stanowisko mojego męża), jednak coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie mając go bezpowrotnie coś tracimy, nie możemy doświadczyć szczęścia jakie wnosi do życia dziecko.
Wczoraj dowiedziałam się, że bliska mi osoba jest w ciąży i bardzo to przeżyłam
Kłóciliśmy się z mężem, który powiedział, że nie wiedział, że chcę mieć teraz dziecko i że możemy się o nie postarać, bo być może trzeba to zrobić inaczej niż do tej pory zakładaliśmy (stabilizacja finansowa + oszczędności i dopiero potomek). Może jeśli będziemy mieć dziecko, to będzie dla nas motywator do zmian i działania i bardziej postaramy się zdobyć więcej pieniędzy.
Mam mętlik w głowie... powiedziałam mu wczoraj, że uważam, że się już nie kochamy, żyjemy razem z przyzwyczajenia i dlatego, że jesteśmy zbyt leniwi, żeby to zmienić i że sądzę że nam się nie uda. Na prawdę obawiam się, że to się nie uda. On odpowiedział, że w takim razie powinniśmy się rozstać.
Bywały w niedalekiej przeszłości chwile dobre, w których patrzyłam na mojego śpiącego męża i myślałam, że go kocham i zrobiłabym dla niego wszystko i mam prawdziwe szczęście, że go mam, jednak coraz częściej i coraz więcej jest chwil w których myślę, że zmierzamy do donikąd. Żyjemy i mieszkamy razem bez celu, czekamy z decyzją o dziecku nie wiadomo na co. Coraz częściej czuję się w tym małżeństwie nieszczęśliwa i wypalona, czuję też że wypaliło się moje uczucie. Chciałabym żeby mój mąż dawał mi odczuć, ze mnie kocha i pożąda, ale na ogól jest zbyt zajęty i zestresowany, żeby mi to okazywać, a może tez się wypalił?
Proponowałam też kiedyś terapię, ale mąż uznał, że sami sobie możemy poradzić, poza tym nie mamy na to pieniędzy.
Nie wiem czy to wszystko ma sens, czy warto się spalać dla kliku tygodni dobrej atmosfery, by później zaprzepaścić to wszystko kolejną kłótnią. Trochę nie mam już na to siły ...
Będę bardzo wdzięczna za wasze rady, ocenę sytuacji "na zimno", pokazanie innego punktu widzenia.
Z góry dziękuję ![]()