Witam,mam pytanie do byłych żon-co skłoniło Was do ostatecznej decyzji o rozstaniu? O wykonaniu tego kroku,po którym nie było już odwrotu? Interesują mnie te związki,w których nie doszło do zdrady ani przemocy,a jednak nie przetrwały...Co było tą przysłowiową kroplą,która przelała czarę goryczy?
Podobne tematy
Smutna... Śledziłam Twój wątek o kawie męża z byłą i nurtowało mnie bardzo, czy do tej kawy doszło i czy coś miedzy Wami od tamtej pory się zmieniło...
Ja nie jestem mężatką, ale jakiś czas temu zakończyłam długi związek, który miał być tym "na zawsze". Stało się to z mojej winy, to był mój pierwszy poważny chłopak, a ja bałam się, że nie zdążyłam się wyszaleć. A w związek już wkradała się rutyna - chłopak uważał ze jak już zdobył, to może sobie wszystko odpuścić. Był zupełnie inny niż na początku i teraz z perspektywy czasu wiem już, ze i tak by nam nie wyszło. Więc.... wtedy spotykałam się z kolegami, czego on absolutnie nie aprobował... Jedno z tych spotkań zakończyło się pocalunkiem z przyjacielem - do dzisiaj nie wiem co mnie do tego podkusilo.. Opowiedziałam chlopakowi o wszystkim i ze szlochem zaklinałam się, że to był jeden jedyny błąd i jeśli mi wybaczy już nigdy nie zrobię mu wbrew. Próbowaliśmy ratować związek jeszcze przez rok - ja z wyrzutami, ze to wszystko moja wina, on zerowym zaufaniem do mnie i wręcz podłością sprawdzającą moje granice.
Aż pewnego pięknego dnia oznajmił mi, ze wyjeżdża do Stanów na razie na 3 miesiące. Miał już wszystko załatwione, ja nie byłam uwzględniona... Powiedział, ze taka przerwa dobrze nam zrobi. Uderzyłam go wtedy i powiedzialam, ze nie będzie miał do czego wracać. Wyszedł i nie wrócił. I tak moja wielka miłość skończyła sie. Ten tragiczny pocałunek był kroplą która przelała czarę, pózniej zwiazek już tylko dogorywał, żałuje ze dałam sobą pomiatać tak długo, chociaż takim zrządzaniem losu poznałam mojego obecnego partnera, więc może nie ma tego złego.
Do kawy nie doszło...Ale coraz częściej zastanawiam się,czy ten związek ma jakąkolwiek przyszłość...Dobrze,że zaczęłaś nowy rozdział w życiu -trzymam kciuki,żeby tym razem skończyło się inaczej.
Rozumiem. Czyli jednak jedna bitwa wygrana.
Opowiedz może coś więcej, jeśli masz ochotę. Daj znać czy wytrenowałaś już męża w kwestii spożywania razem posiłków? Czy wziął się za siebie? Przestał być takim maminsynkiem?
Powiem Ci, że temat Waszych wspólnych (czy raczej oddzielnych) obiadów, był dla mnie bardzo przykry. Spędziłam trochę czasu we Włoszech, gdzie posiłek dla rodziny jest po prostu podstawą więzi. Ja zaczynałam mój obecny związek przysłowiowym "przez żołądek do serca" - zapraszałam lubego na wspólne gotowanie - na początku prostych makaronów, potem braliśmy się za coś trudniejszego, a teraz możemy praktycznie ugotować co chcemy (o ile pozwalają nam na to 2 palniki elektryczne w mojej kawalerce
) Mój chłopak przyznał, że nigdy nie jadł w swoim życiu tylu wspólnych obiadów co ze mną, gdyż jego matka nigdy nie gotowała, a mimo że brat i ojciec są kucharzami z zawodu, to po przyjsciu z roboty nigdy nie tknęli już patelni - woleli po piwku...
Próbowałaś wspólnego kucharzenia z mężem? Pieczenia ciast? To bardzo zacieśnia więzi. Chociaż może i w moim przypadku jest to przesada, bo czasem jedno z nas (totalnie już głodne) po prostu czeka na drugie, aż wróci do domu, żeby zjeść razem. Ale gdyby mój mąż uciekał od posiłków ze mną czułabym się tragicznie pominięta. Właściwie nie zniosłabym tego.
Napisz proszę czy to wciąż jest u Was problemem.
Paulina Z bardzo ciekawe jest to co napisałaś:) bardzo podoba mi się ten pomysl i chyba go wykorzystam. Co prawda ja ze swoim chłopakiem pomieszkuję jednak większość czasu spędzam u niego i chyba skupię się bardziej na wspólnym gotowaniu. Zwykle razem coś szykujemy, jednak nie jest to reguła, chciałabym bardziej zaakcentować ten fragment dnia. Szkoda tylko, że mam kiepską wyobraźnię w kwestii kulinarnej, ale może sięgnę po jakaś ksiażke. Chciałabym żeby wspolne gotowanie czy jedzenie codziennie weszło nam w nawyk:)
Smutna, ja tez przeczytałam wszystkie twoje wątki i rowniez jestem ciekawa jak się potoczyły wasze losy. Dobrze, że ta kawa się nie odbyla choć w tej sytuacji nigdy nie dowiemy sie jakie intencje miało to babsko:P Jak jego kontakty z mamą?
aha Smutna, a co do odpowiedzi na twoje pytanie, ja zakonczyłam swój kilkuletni zwiazek w momencie kiedy poznałam mojego aktualnego faceta. byłam bardzo nieszczesliwa przez osttanie miesiace zwiazku ale nie potrafiłam odejsc. byłam w tokstycznym zwiazku czyli nie umiałam go zostawić. nie zdradziłam go z tym nowym, jednak po pierwszym spotkaniu (czysto kolezenskim) z nim (moim aktualnym facetem) zauwazylam ze instnieja na tym swiecie męzczyzni którzy są DOBRZY DLA KOBIETY. i już po tym pierwszym spotkaniu pomyślałam, że co ja w ogóle robie z tym moim palantem i zerwałam z nim (wczesniej on mnie rzucał, zdradzał, nie traktował mnie poważnie i wiele innych). nie zostawiłam go dla tego nowego- bo z nim mi sie moglo udac albo nie. Zostawiłam go bo otworzyły mi się oczy na to, że stać mnie na kogoś lepszego i że ci lepsi ISTNIEJĄ. Ale tak się złozyło, że ułozyłam sobie życie akurat z tym facetem i nie musiałam juz szukać dalej:) Także moim impulsem była ta nowa znajomość, chociaż prawda jest taka, że za to co mi zrobił ex to powinnam go rzucić juz duzo wczesniej.
napisałaś też, że nie pytasz o związki w których miała miejsce zdrada- ja dowiedziałam się o zdradzie PO zerwaniu więc nie ona byla przeczyną moich rozterek
przemocy też nie było.
Ale na to wychodzi, że u Ciebie to Ty zdradziłas.. niestety pocałunek to tez zdrada... moim zdaniem i na to wychodzi że to wcale nie była dla Ciebie wielka miłość skoro to zrobilas. To że Twoj facet byl jaki byl to juz inna bajka. Dlaczego go uderzylas? przez to że chcial pojechac? nie uwazasz że to bylo juz przegiecie? to Ty zdradzilas...
Dziewczyny cieszę się,że piszecie o swoich doświadczeniach i miło mi,że pytacie co u mnie...Obiecuję,że wkrótce napiszę jak się to wszystko potoczyło i jak się układa teraz,ale póki co tylko Was podczytuję...Dziękuję za wszystkie posty i czekam na następne...
Nie wiem czy moja historia bedzie ciekawa ale jestem rowniez po rozwodzie.
Bylismy w sumie 11 lat razem, moja pierwsza wielka milosc. Swiata za nim nie widzialam :-P
Przezylam przy nim szalone i zwariowane chwile ale i poznalam przy nim rowniez swiat przestepczy w calym tego slowa znaczeniu. Na 24 godziny przed koscielnym slubem zamkneli go na prawie 3 lata.
Co ja nerwowo przeszlam nie bede tu opowiadac. Po wyjsciu oczywiscie ze nie bylo jak kiedys ale tworzylismy nadal wspaniala pare. Nasze malzenstwo w koncu rozbila wredna i falszywa tesciowa i jego rodzina. Wtedy stracilam ciaze w 5 miesiacu i swiat mi sie zalamal. Na 4 tygodnie przed naszym koscielnym slubem , maz odszedl bez slowa wyjasnienia...
Zbyt wiele nasz problemow przytlaczalo i sie jego uczucie sie wypalilo...
Teraz gdy patrze na to wszytko z perspektywy czasu stalo sie dobrze , ze sie rozstalismy...
PaulinaZ napisał/a:Ale na to wychodzi, że u Ciebie to Ty zdradziłas.. niestety pocałunek to tez zdrada... moim zdaniem i na to wychodzi że to wcale nie była dla Ciebie wielka miłość skoro to zrobilas. To że Twoj facet byl jaki byl to juz inna bajka. Dlaczego go uderzylas? przez to że chcial pojechac? nie uwazasz że to bylo juz przegiecie? to Ty zdradzilas...
To był mój pierwszy, bardzo emocjonalny związek. Po tym feralnym pocałunku (oczywista zdrada z mojej strony) ciągnęliśmy jeszcze piekło przez rok, a nawet chyba ponad rok. I kiedy ja myślałam, że wszystko już będzie dobrze, to on wyjawił mi, że od pół roku załatwiał sobie te stany. Zamiast powiedzieć mi od razu, że nic z tego nie będzie i, że nie potrafi mi wybaczyć - bo nie potrafił i strasznie mnie za to karał swoim zachowaniem, poczekał aż wyjazd będzie pewny. Uderzyłam go w twarz, bo oniemiałam... Po tym on wyszedł bez słowa ze smutkiem w oczach i nie kontaktowaliśmy się przez 2 lata.
Co ciekawe teraz jesteśmy w przyjaznych stosunkach, dzwonimy do siebie na urodziny i święta, wymieniamy się przepisami. Po prostu zrozumieliśmy, że nigdy by nam nie wyszło i oprócz pociągu fizycznego zbyt dużo było niezgodności poglądów.
Prinzessin - Twoja historia mrozi krew w żyłach, naprawdę - zwiazek całkowicie dysfunkcyjny. Smutna jednak, jak mi się wydaje, pyta o zakończenie małżeństw w których to nuda, rutyna i niemożność porozumienia się między partnerami na gruncie codziennego domowego życia doprowadza do powolnego, acz skutecznego rozkładu.
To przykre, że teraz tak łatwo podejmować decyzje o rozwodach. Najpierw ślub, wielka miłość a po 2-3 latach zaczyna się " różnica charakterów".
Nie jestem mężatką, może mało się znam. Ale przechodzę związek, który wygląda troszkę jak małżeństwo. Obiecałam sobie, że jeśli kiedyś stanę przed ołtarzem, to będzie to naprawdę bardzo przemyślana decyzja a słowa przysięgi najważniejsze.
Nie jestem przesadnie religijna, ale uważam, że jeśli nie ma zdrady, bicia, picia i innych patologii, należy walczyć. Wiem, że to brzmi desperacko, ale myślę, że trzeba ze swojej strony robić wszystko, żeby się dotrzeć i nie poddawać się. Chyba, że druga strona ewidentnie ma obojętny stosunek.
Smutna7, śledziłam również Twój wątek i gdybym była na Twoim miejscu, dostrzegłabym światełko w tunelu. Pomimo, że wynikła taka a nie inna sytuacja z Twoim mężem i "kawą z byłą", to myślę, że to watrościowy i sensowny człowiek. A prawdopodobne jest, że przechodzicie małe załamanie, jak miliony innych małżeństw. Uszy do góry, myślę, że może być dobrze. ![]()
Małe załamanie? Jeśli czytałyśmy te same wątki to Smutna od ok. 3 lat przechodzi sinusoidę dobrze-beznadziejnie... I chyba nie jest w tym stanie szczęśliwa, bo inaczej zapewne zmieniłaby nick...
Należy walczyć... Tylko z jakich pobudek? Żeby tylko związek trwał? Walczyłaś kiedyś o coś co myślałaś, że nie ma sensu? Czym byłaś już zmęczona? Wywalczyłaś cośi miałaś satysfakcję? Bo ja raczej o takich sytuacjach nie słyszałam. Moja dobra koleżanka walczyła właśnie ostatnio, to została uraczona tekstem o tym, że się rzuca i przypięła jak rzep do psiego ogona. I przegrała wojnę...
14 2013-07-30 19:46:20 Ostatnio edytowany przez P&P (2013-07-30 19:47:40)
Koleżanka mojej koleżanki...
Wiem po sobie. Nie jestem doświadczoną mężatką, ale w swoim życiu miałam wiele beznadziejnych sytuacji, a po długiej i ciężkiej pracy doszłam do tego, że jestem teraz szczęśliwa i nie żałuję ani jednej uronionej łzy, nerwów i załamań (mówimy tutaj oczywiście o związkach w których nie ma zdrad ani innych takich).
Każdy ma prawo wyboru. Jeśli ktoś myśli, że tego nie dźwignie, to odchodzi. Ja jednak myślę, że po coś się przed tym ołtarzem stanęło i naprawdę trzeba dużo wysiłku obu stron, żeby to "na dobre i na złe" miało sens. Pomijam oczywiście wszelkiego rodzaju patologie.
witam was,no i ja dodam tu swoja odpowiedz.jestem po rozwodzie,czas szybko mija,to juz poltora roku,w zwiazku bylam 18 lat,mamy dwojke prawie doroslych dzieci.trwalam w toksycznym zwiazku i nie potrafilam z niego wyjsc,nie bylo tu zdrad ani przemocy fizycznej,tylko psychiczne uzaleznienie,calkowite dobrowolne podporzadkowanie,do dezyzji rozwodu dojrzewalam bardzo dlugo,probowalam ratowac co sie da,ale to byla walka z wiatrakami,nie moze byc dobrze w zwiazku jesli jedna strona ciagle daje a druga tylko bierze i oczekuje ciagle wiecej,na poczatku naszego zwiazku bylam optymistka,wierzylam w nas ze jestesmy super malzenstwem,ze wszystkie problemy bedziemy przerabiac razem,ze bedziemy sie wspierac,bedziemy blisko ze soba,bylo jednak inaczej,po slubie moj maz przestal sie starac tak jakby byl pewny ze ja go nigdy nie zostawie.bardzo mnie od siebie uzaleznil,na poczatku finansowo bo nie pracowalam,bylam sama i kompletnie zdana na niego,potem pojawily sie dzieci,moj czas byl zajety.na rozmowy maz nie mial ochoty bo o czym tu gadac,na moje prosby zebysmy cos zmienili burczal tylko czego ty chcesz kobieto,z milego faceta zrobil sie gbur siegajacy po piwko kazdego dnia,nie obchodzilo go jak ja sie czuje co mysle,o uczuciach nie rozmawialismy,a dzieci dorastaly.zaczelam sie dusic w tym zwiazku,gdzie maz nie zauwazal moich potrzeb,nigdzie mnie nie zabieral,moze trzy razy w ciagu 18 lat bylismy na urlopie,w restauracji bylam z nim raz!zycie seksualne umarlo na kanapie przed telewizorem,zylam z nim i nie umialam odejsc,bo dzieci bo rodzina,co wszyscy powiedza,na dodatek wszystkich zapewnialam ze u nas sielanka super zycie.ale do czasu..maz mial i ma problemy z alkoholem,szukalam pomocy no i ..znalazlam w internecie,pojawil sie pan z AA ktory zaczal ze mna rozmawiac przez tel,na poczatku raz w miesiacu,potem czesciej,dodawal mi otuchy radzil,mial bardzo trafne spostrzezenia.zaprzyjaznilismy sie,pomagalo to do czasu ..az maz to zauwazyl,zrobil sie zazdrosny,i nie pomogly tlumaczenia ze to tylko znajomy na tel.pomimo to walczylam ,chcialam by nasze relacje sie poprawily,kupilam dom,myslalam,ze maz rozwinie skrzydla bedzie szczesliwy,dopelni sie,zawsze tego chcial.mylilam sie,oj jak bardzo sie mylilam.dopiero wtedy zaczela sie moja doslownie tragedia.dopiero wtedy poznalam tak naprawde czlowieka z ktorym zylam i cala jego rodzinke z tesciowa na czele.ten chlop nie radzil sobie kompletnie z niczym.caly remont spadl na moje barki.dalam rade,zorganizowalam doslownie wszystko,jak dzis na to patrze to sie zastanawiam jak ja tego dokonalam.ale udalo sie ..z domem ale nie z mezem.zaczely sie masywne problemy,alkohol od rana do nocy,grozby ze sie powiesi ,utopi,cos sobie zrobi,gdy pytalam dlaczeg nie umial odpowiedziec,zaczal podejrzewac ze go zdradzam,a nie zdradzalam,miec urojenia,chodzil za mna,grozil wyzywal,chowal klucze od mieszkania,dzieci zakluczaly sie w pokojach bo sie go baly,sypial w piwnicy na materacu i pil ciagle pil.przestal pracowac, na szczescie nie wyzucili go z pracy a kredyty trzeba bylo placic,tyralam po 16 godzin na dobe,bo chcialam utrzymac dom.no a z nim bylo coraz gorzej do tego stopnia ze policje trzeba bylo wolac po dwa razy na dzien,taki wstyd!!ale nie bylo wyjscia albo ja i dzieci albo on.on trafil na psychiatryk i juz do nas nie wrocil bo mial zakaz,balismy sie go,dom sprzedalam no i sie rozwiodlam. to tak bardzo w skrocie.powiem tylko ze zycie jest pelne niespodzianek
pozdrawiam
Też opowiem o swoim związku. Miałam narzeczonego. Bylismy ze soba 4 lata i nie kwapił sie do zaręczyn ani samodzielności. Mieszkał z rodzicami, mamusia dbala o synusia, zadnych obowiązków w domu nie miał a jedyna czynnością jaką wykonywał w domu było granie na komputerku. Potrafił grać 8h dziennie. Nie zdal matury bo komputer, nie chcial isc do pracy bo komputer. Grozilam wtedy odejsciem i bral sie za siebie (ale jakie to bylo meczace dla mnie ze musze uciekac sie do takich sposobow). Bylo tak odkad sie poznalismy czyli od 17 roku zycia. Zawsze sie o to wkurzalam ale przymykalam oko bo bylismy mlodzi. 4 lata pozniej zaczelam myslec powaznie o slubie ale moj partner albsolutnie nie. Tak mu bylo wygodnie. Pracowal juz i stwierdzil ze za malo zarabiam (pracowalam i studiowalam jednoczesnie) a poza tym on nie chce byc z gruba dziewczyna (160m 60kg wagi). I to był początek konca. 2 lata sie psulo az po tym czasie powiedzialam ze odchodze jesli sie nie oswiadczy bo nie bede zyc w ten sposob. I niech sobie zdecyduje bo ma byc szczesliwy. A ja bede szczesliwa z nim czy bez niego. Wpadl w panike, wszytsko sobie poukladal w glowie (na chwile) i sie oswiadczyl. Tydzien po spotkaniu rodzinnym na ktorym jego wlasny szwagier go osmieszyl ("Jak mozesz być dla niej taki, dlaczego jej nie pomagasz, zobacz co ona dla Ciebie robi?'')- rozstalismy się. Potem okazalo się że moj byly byl uzalezniony od gier komputerowych w bardzo zaawansowanym stopniu i zatrzymal sie w rozwoju. Nigdy nie zalowalam decyzji o rozstaniu a widzac jego zbolala mine czasem spotykajac go przypadkiem chcialo mi się tylko śmiać z jego głupoty. I życze mu nijak. Ani dobrze ani zle. Okłamywal mnie i zwodzil 2 lata. Ale to pol biedy. Najgorsze bylo jego traktowanie. Kiedy go widywalam po rozstaniu zawsze bylam zdystansowana i dumna. A w srodku chyba do konca zycia bedzie na jego widok szalal we mnie strach. Balam sie tego czlowieka i nadal sie boje. Nie zycze nikomu takich zwiazków.
tak my kobiety lubimy sie poswiecac dla facetow,ale to jest nie tak,tym sposobem nie bedziemy nigdy sczczesliwe,a nasi panowie owszem im to gra im dluzej tym lepiej, az sie mozliwosci skoncza dzbanek sie przeleje i ....zalosny koniec nastanie.moj ex tez oklamywal,wydziwial,klotnie byly na porzadku dziennym az sie zygac i wyc na przemian chcialo,nic nie mozna bylo zrobic ani prozby i grozby nie pomagaly,branie na litosc tez nie,nic nie skotkowalo tak jakby sie cos zacielo w czlowieku,na poczatku bylam przy nim szara myszka choc wykstalcona po studiach on zwykly robotnik,to mu pasowalo mial przewage byl duzo starszy,z czasem przeroslam jego,bylam sprytniejsza,w wielu sprawach madrzejsza na koncu we wszysrkich sprawach,to go przeroslo,zaczal mowic ze jestem silniejsza od niego mial z tym problem ale nic nie robil by mi dorownac,to on byl na koncu ta myszka,ale bardzo wredna,chcialam sie w zgodzie z nim rozstac,to naslal na mnie tesciow,dopiero mi pokazali co potrafia,zmuszali mnie pod grozbami ze to moj maz i ze nie wolno mi sie z nim rozejsc,bo on taki slaby psychicznie,jestem zona i kropka!moje zdanie ,moje zycie sie nie liczylo rozwod to trudny czas dla wszystkich,ale kiedys ten czas sie konczy smutek mija,jest tyle jeszcze przed nami tych nieodgadnionych rzeczy do odkrycia tez nowych milosci,jestem waleczna optymistka,zawsze sie podnosze,mam dzieci i dla nich warto zyc.dla n ich i dla siebie
Paulina Z,sosenek-dzięki,za zainteresowanie moją historią...Już odpowiadam na Wasze pytania.Jesli chodzi o wspólne posiłki,to jakoś udało mi się przeforsować wspólne obiady,chociaż zdążyłam usłyszeć kiedyś w kłótni,że takie zwyczaje to chyba tylko na wsi się praktykuje,bo u niego w krakowskim domu,każdy jadł kiedy chciał...Nie mogłam uwierzyć,że może być tak ograniczony,chociaż mogę to faktycznie złożyć na karb tego, jak był wychowywany ...W każdym razie było to dawno temu,mam nadzieję,że zmienił zdanie na ten temat... Ten obiad u matki zdażył mu się tylko raz odkąd jesteśmy razem-to muszę uczciwie przyznać...Ale wtedy było to dla mnie tym bardziej bolesne,że miał być to nasz pierwszy wspólny obiad po zamieszkaniu razem...
Co do kawy z byłą- tak jak pisałam wcześniej ostatecznie nie poszedł,ale kosztowało mnie to wiele łez i nerwów...Wydawało mi się oczywiste,że jak się kocha i jest się w nowym związku,to nie robi się niczego,co mogłoby tą drugą osobę zranić. I nie jest to żadnym tematem rozmów ani kłótni- nie robi się tego i już.
Założyłam ten wątek,bo faktycznie moje życie z mężem przypomina cały czas sinusoidę-albo jest koszmarnie,albo cudownie...Wykańcza mnie to czasem psychicznie,mam też tendencję do tego,żeby analizować w kółko co ja robię źle...
Chciałam poczytać o doświadczenia innych kobiet,zeby odnieść to jakoś do siebie,może czegoś się nauczyć.
I tak jak napisała Paulina nie chodzi mi o ekstremalne sytuacje,typu przemoc,kiedy wiadomo,że trzeba uciekać jak najszybciej z takiego związku.
Hej smutna,
napisałam do Ciebie w Twoim temacie "Jak do niego dotrzeć?", ale widzę, że on sprzed dwóch lat jest, zalukaj w wolnej chwili jeśli masz ochotę przeczytać jak to u mnie było.
Pozdrawiam.
tak my kobiety lubimy sie poswiecac dla facetow,ale to jest nie tak,tym sposobem nie bedziemy nigdy sczczesliwe,a nasi panowie owszem im to gra im dluzej tym lepiej, az sie mozliwosci skoncza dzbanek sie przeleje i ....zalosny koniec nastanie.moj ex tez
Ja sie bardzo ale to bardzo zmienilam od wtedy-o 180 stopni.
Nie pozwole nikomu ani decydowac o swoim zyciu ani poswiecac sie do tego stopnia , ze moje ja '' umrze'' tak jak to sie stalo wtedy.
Rodzice mego ex doprowadzili mnie do takie stanu , ze we mnie cos peklo- tylko szkoda ze tak pozno.
Teraz podchpdze do zwiazku i drugiego malzenstwa inaczej....
No ja też właśnie zdecydowałam sie na rozstanie,myślałam o tym już baaaaardzo dawno,ale nigdy nie miałam odwagi,kochałam za bardzo.
I trwał mój koszmar do dziś...
Oczywiście wszystko przez nadużywanie alko,przez mojego męża,jak nie pije to nie pije,potrafi odmówić,potrafi bawić się bez alkoholu i wtedy jest cudownie,ale nadchodzi czas,że ta sielanka mija i wtedy pije nawet do dwóch tyg pod rząd,chodzi tak do pracy.Wtedy jestem w bardzo złym stanie emocjonalnym,płaczę i zastanawiam sie dlaczego on mi to robi..
Dzwonię,proszę,błagam nic,nic nie dociera...Najgorsze że nie pomógł nawet psychoterapeuta,który stwierdził,że dużego problemu nie ma bo nie pije codziennie tylko ma te przerwy nawet do 3-ch miesięcy bez,nie podbiera mi kasy,nie bije,nie wyzywa,nie prześladuje,a każdemu facetowi należy się odreagować.Dostałam szoku,jak tak można załatwić sprawę.I zostałam z tym sama,bo on utwierdzony,że wszystko z nim ok.
Nie odeszłam w porę gdy mogłam,to teraz odchodzę będąc w ciąży i z kredytem mieszkaniowym,a jeśli się z nim nie dogadam w kwestii finansowej,to zostanę chyba na bruku..Obiecał,że będzie pomagał i płacił,ogólnie to on rozstania nie chce i chyba nawet w to nie wierzy,może i nie wierzy bo tyle lat moje słowa rzucałam na wiatr,że on myśli że tym razem też tak będzie...Boże jaka ja głupia jestem i byłam,tak bardzo bym chciała cofnąć czas,a teraz tylko płacz i lament mi został jak podnieść się po rozstaniu,jak dać radę samemu a wkrótce z dzieciątkiem
jak to wszystko czytam to mnie skreca ze faceci to takie chamy, i tak wlasciwie to sam nim jestem ale dzieki wam wszystkim dostalem oswiecenia-nie bedzie nikt przezemnie wiecej płakał-
No ja też właśnie zdecydowałam sie na rozstanie,myślałam o tym już baaaaardzo dawno,ale nigdy nie miałam odwagi,kochałam za bardzo.
I trwał mój koszmar do dziś...
Oczywiście wszystko przez nadużywanie alko,przez mojego męża,jak nie pije to nie pije,potrafi odmówić,potrafi bawić się bez alkoholu i wtedy jest cudownie,ale nadchodzi czas,że ta sielanka mija i wtedy pije nawet do dwóch tyg pod rząd,chodzi tak do pracy.Wtedy jestem w bardzo złym stanie emocjonalnym,płaczę i zastanawiam sie dlaczego on mi to robi..
Dzwonię,proszę,błagam nic,nic nie dociera...Najgorsze że nie pomógł nawet psychoterapeuta,który stwierdził,że dużego problemu nie ma bo nie pije codziennie tylko ma te przerwy nawet do 3-ch miesięcy bez,nie podbiera mi kasy,nie bije,nie wyzywa,nie prześladuje,a każdemu facetowi należy się odreagować.Dostałam szoku,jak tak można załatwić sprawę.I zostałam z tym sama,bo on utwierdzony,że wszystko z nim ok.
Nie odeszłam w porę gdy mogłam,to teraz odchodzę będąc w ciąży i z kredytem mieszkaniowym,a jeśli się z nim nie dogadam w kwestii finansowej,to zostanę chyba na bruku..Obiecał,że będzie pomagał i płacił,ogólnie to on rozstania nie chce i chyba nawet w to nie wierzy,może i nie wierzy bo tyle lat moje słowa rzucałam na wiatr,że on myśli że tym razem też tak będzie...Boże jaka ja głupia jestem i byłam,tak bardzo bym chciała cofnąć czas,a teraz tylko płacz i lament mi został jak podnieść się po rozstaniu,jak dać radę samemu a wkrótce z dzieciątkiem
Witaj. Bardzo Ci współczuje ale dobrze wiem co przeżywasz bo ja również tkwię po uszy w toksycznym małżeństwie!!!Ale też w końcu zdecydowałam się na rozwód, mam tylko nadzieje, że wystarczy mi siły by znowu się nie ugiąć pos stekiem kłamstw o poprawie i zrozumieniu;
A więc tak, zaczną od tego, że mam 27 lat, mój mąż jest w tym samym wieku. Małżeństwem jesteśmy od 2 lat, jednak znamy się od 6 lat.
Mój mąż zabrania mi wszystkiego:
- nie moge iść do pracy, on jest rolnikiem i zmusza mnie żebym też była i pracowała w polu z jego rodzicami, którzy nie doceniaja tego co robie i ciągle wyzywają od nierobów!!! a ja tyle im pomagam, pracuje z polu po 12 godzin dziennienie, w deszczu i w słońcu, kopie dziury na ogrodzenie, naciągam siatkę, przybijam skoble, chodzę z haką, sypie nawóz który noszę w wielkiej misce która waży chyba ze 20 kg!!kiedy ja sama waże tylko 50kg. (ale ja nie chcem tego robić, nie po to studiowałam, żeby ryć w ziemii ;-(ja się po prostu do tego nie nadaję
- nie moge spotykać się z koleżankami,(mam tylko 2 ze względu na to, że mieszkamy blisko jego rodziców, ja nie znam tu nikogo, ja pochodze z innego miasta)czasami pozwala mi iść na godzinkę do koleżanki , raz na kilka miesięcy,ale to tylko pod warunkiem że nie ma jej męża w domu. niestety jak wracam po tej godzinie to musze się spowiadać z każdego zdania mojego i mojej koleżanki, o czym gadałyśmy, czy piłam kawe, herbate czy może nie daj boże wino! najlepiej jakbym wzieła dyktafon i wszystko nagrywała, strasznie mnie to męczy,
- nie mogę farbować włosów, chodzić do fryzjera ich ściąć, bo przecież jego mamusia może mi podciąć włosy.
- nie mogę jeździć sama do domu, do babci, cioci, sióstr i braci, bo mąż mówi że dobra żona nie wychodzi nigdzie bez męża, moge tylko jeździć z nim, tyle, że ja czasami chciałabym porozmawiać z rodziną sam na sam, czy z siostrą poplotkować o babskich sprawach i niekoniecznie chcem żeby on stał i słuchał
- ale on tego nie rozumie bo on nie utrzymuje zadnych kontaktów ze swoja rodziną, jedynymi osobami z którymi się spotyka są jego rodzice.
- mąż przeglada mi telefon, jak tylko dostanę sms to juz jest przy mnie i czyta,
- tak samo jest z siedzeniem na komputerze, jak tylko nie ma mnie w pobliżu to przeglada historię przeglądania stron internetowych,
- jak dzwoni do mnie telefon to chce żebym brała na głośnik bo uwaza że jesli jest moim mężem to ma prawo słyszeć co ktos mówi,
a jeśli tego nie robie to muszę wszystko ze szczegółami opowiadać jak na spowiedzi,
- jesli jesteśmy u mojej rodziny i mąż chce iść spać to ja też muszę iść, nie mogę zostać z rodziną i porozmawiać sam na sam,
- ja mam juz dosyć siedzenia z nim 24/h ,jak nie w domu to razem w polu z jego rodzicami, przeciez człowiek potrzebuje troche odpoczynku od tej drugiej osoby.
Nie napisałam jeszcze, że jestem w 11 tygodniu ciąży, myślałam, że jak już jestem w ciąży to coś się zmieni, ale wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej. Doszły jeszcze wyzwiska i różne epiety. Dodam, że nigdy go nie zdradziłam i nigdy nie dałam mu nawet powodu do zazdrości, on po prostu taki jest i wydaje mi się, że jest to wyniesione z domu rodzinnego, w którym rodzice nie ruszają się jedno bez drugiego na krok, nie utrzymują kontaktu z rodziną i znajomymi, bo każda kobieta to ku.....a a każdy facet to cham. Jednym słowem żyją sobie w tym swoim małym świecie, ale ja taka nie jestem, mam braci i siostry i zawsze miałam z nimi dobry kontakt, jednak on nie rozumie, że nie można drugiemu człowiekowi zabraniać kontaktu z rodziną.
Poza tym wydaje mi się, że każdy normalny człowiek, wiedząc, że żona jest sama w mieście, gdzie nikogo nie zna, powinien sam zaproponować żebym pojechała do rodziny a nie siedziała w pustym mieszkaniu sama jak palec.
ostatnio napisałam mu, że chcem pojechać do siostry do Gdańska, ona też jest w ciąży i siedzi w domu na chorobowym, i co usłyszałam? " że jeśli pojadę to on mi dziecko odbierze bo się na matkę nie nadaję, bo nie moge w domu usiedzieć! poza tym jadę tam pobzykac się z innymi bo wiem, że drugi raz nie zaskoczę! przecież to jakiś obłęd, jemu wszystko sprowadza się do jednego! Najbardziej martwi mnie to, że jeśli on już teraz takie rzeczy wygaduje, jak jeszcze dziecko się nie urodziło, to co będzie jak się urodzi? zamknie mnie w domu i zabroni gdziekolwiek samej z dzieckiem wyjść bo inaczej mi dziecko odbierze? to jest chore!juz kiedys mi powiedział, że jesli będziemy mieli dziecko to on nie pozwoli żebym sama pojechała z dzieckiem do rodziny, myślałam że żartuje, ale teraz jak juz jestem w ciąży widzę, że on mówił całkiem serio ;-(
Może nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się,ale chyba by było lepiej jak bys zaczęła cos z tym robić,to trochę takie przerażające,bo jesteś jak jakiś niewolnik.Może na poczatek spakuj parę rzeczy i wyjedź do rodziny nie mówiąc mu o tym,gdy go nie będzie, a gdy zadzwoni gdzie jesteś to powiedz, że nie będziesz tak traktowana..Jeśli będzie prosił o powrót to postaw warunki..Jeśli cie nadal będzie straszył i zdecydujesz się na odejście złóż dokumenty do mopsu bądź sondu,jak cię traktuje i grozi odebraniem dziecka po urodzeniu.Bo jeśli by nie żartował i będzie chciał ci je odebrać,to jakie cię czeka życie w nerwach,stresie,bieganie po sondach....
Ja nie mam takich problemów bo on mnie nigdy nawet nie wyzwał,ja go owszem w nerwach gdy kolejny raz pod rząd zobaczyłąm go pijanego...I u mnie problem w małżeństwie to tylko alkohol..Ale zawsze dobrze mnie traktował i może dlatego tak trudno było mi odejść.Też bardzo boję się tego wszystkiego,jak to będzie, czy dam radę?...
Ja mam 28 lat,on 33 jesteśmy małzeństwem również 2 lata a ze sobą 7
I po tych 7 latach bycia razem,stwierdzam że głupota jest wybaczanie i czekanie że napewno się zmieni,bo widzisz minęło te 7 lat a tu nic,ciągle tylko obietnice poprawy..I tak w końcu czeka mnie rozwod i tak..Takie rzeczy są nieuniknione,prędzej czy później,skoro tylko jedna osoba chce a druga nie albo tylko obiecuje i nadal nic z tym nie robi...
Ja wróciłem z pracy do domu, a miłość mojego życia powiedziała mi, że już nie chce zemną być. Teraz będzie z nim, zakochała się, on jest właśnie taki jak powinien być, i ja powinienem to zrozumieć.
Dzisiaj czekam na 2 sprawę rozwodową i wysłuchuje od niej jak to ja spieprzyłem nasze małżeństwo.
Znosiłam pijaństwo,wyzwiska,kłamstwa.Tłumaczyłam sobie nie jest sobą ,to alkohol czyni z niego potwora.Kiedy w końcu olśniło mnie na czym polega związek,kiedy potrafiłam powiedzieć męźowi jak bardzo tęsknie za bliskością,czułością usłyszałm
,"czułości. to ty sobie szukaj gdzie indziej".Zaznaczam źe był to dłuźszy okres jego nie picia.Jednak decyzję o rozwodzie podjełam kiedy kolejny raz próbowałam skruszyć jego twardą skorupe.Usłyszałam:
"Nigdy nie poznasz mojego serca,bo nie jesteś tą kobietą"
I wszystko stało się jasne.Bolało,bardzo bolało.
Wystarczyło pół godziny -i po małźeństwie
Boziu ile ludzi tyle charakterów,ja nawet nie wiem jak to sobie tłumaczyć,czemu tak się dzieje,że na początku jest ok,potem coś się pieprzy i my kobiety mamy spieprzone życie,małżeństwo przez naszych mężów, a jak również faceci,którzy starają się być dobrymi mężami trafiają na takie kobiety, których woleli by nie poznać nigdy...Dlaczego nie łączymy sie w pary na odwrót,dobra osoba z dobrą, ludzie zasługujący na siebie, a nie na odwrót by prędzej czy później spieprzyć sobie życie....Nie potrafię pojąć...:(
Tak czasem jest że nasze wyobrażenia są silniejsze niż rzeczywistość.
Żyjemy wyobrażeniami o tej drugiej osobie nie widząc jej właściwego ja. I jak po latach te wyobrażenie słabnie to zostaje nam zmierzyć się z tą prawdziwą osobą, która nie jest z naszych snów. I wówczas okazuje się że do siebie nie pasujemy.
To jest brak akceptacji drugiej osoby taka jaka ona jest, tylko projekcja naszych oczekiwań wobec niej.