Poznaliśmy się na jednej z imprez... na początku niewinna rozmowa, żarty i wygłupy z jego strony, odczuwałam to, że mu się podobam i on też jakoś specjalnie się nie ukrywał, ponieważ ciągle patrzył mi w oczy i dotykał mnie. Gdy tańczyłam z kimś innym wciąż na mnie zerkał i zawsze znajdywał się blisko mnie. Zaraz po imprezie udało mu sie odszukać mnie na portalu społecznościowym i w ten sposób kontynuowaliśmy znajomość, poznawanie się, potem doszło jeszcze wymienienie się numerami tel. Zapytał czy nie mam ochoty spotkać się wieczorem, a że nie miałam planów to do tego spotkania doszło
i tak spędziliśmy kilka godzin na spacerze, na patrzeniu w gwiazdy, na opowiadaniu histori, bylo bardzo miło i na koniec się przytulilismy. Następnego dnia również się spotkaliśmy, jednak tym razem ze znajomymi którzy w zasadzie przejęli spotkanie i nie mogliśmy pogadać na osobności. Za kilka dni poprosił mnie o dłuższe spotkanie w cztery oczy(po dwóch tygodniach znajomości), powiedział, że nic więcej nie powie i że to będzie niespodzianka. Przyjechał po mnie do domu, otworzył mi drzwi od samochodu (na co bym nie wpadła, nie powiem, strasznie miło mi się zrobiło) i pojechaliśmy do kina, oczywiście przed i po był spacer i długie rozmowy. Czułam, że jest dziwnie zdenerwowany, coś go męczy ale nic nie mówił więc nie pytałam go po raz setny o co chodzi... kiedy wracaliśmy do domu, powiedział że jest zbyt zmęczony dalej jechać i musi się przespać pół godzinki i tak wylądowaliśmy na tylnim siedzeniu, przytuleni
Jednak on nadal był niesamowicie zdenerwowany, wiedziałam, że chce mi coś powiedzieć ale nie naciskałam... potem zaczęliśmy się całować i nerwy jakoś opadły, wracając do domu trzymał mnie za rękę i wydawało się, że wszystko jest w porządku. Następnego dnia, znów poprosił o spotkanie, bo miał mi coś ważnego do powiedzenia, napisał że już sobie nie radzi i musi mi to powiedzieć teraz, bo boi się o to, co może sobie zrobić, nie panuje nad emocjami. Przyjechał do mnie do domu a ja przysiągam, że w życiu nie widziałam żeby ktoś tak bardzo się denerwował jak on. Usiedliśmy i milczelismy. Po pięciu minutach powiedział tylko "mam dziewczynę" i się rozpłakał. We mnie też coś w tamtym momencie pękło i się popłakałam... przepraszał mnie, błagał żebym mu to wybaczyła, mówił że czuje do mnie coś wyjątkowego, padły nawet słowa, że mnie kocha... i tak siedzieliśmy i płakaliśmy, ja nie mogłam poskładać myśli, nie mogłam mu nic powiedzieć, nie wiedziałam czy będe potrafiła mu to wybaczyć, zapytałam tylko co zrobi teraz ze swoję dziewczyną, bo to ona jak dla mnie jest najbardziej pokrzywdzona. Powiedział że jest z nią od pięciu lat, od roku im się nie układa i kiedy mnie poznał, poczuł, że jestem tak blisko, nie mógł się powstrzymać i za wszelką cenę chciał mnie poznać. Ciągle mnie przepraszał, mówił że jest idiotą i że zakończy tamten związek niezleżnie od mojej decyzji. Nie odzywałam się do niego przez całą noc, rano napisał, że w nocy był w szpitalu, bo przez sen próbował się zabić... Prosił żebym się z nim spotkała jednak ja powiedziałam, że nie chcę go narazie widzieć, że potrzebuję czasu, żeby to przemyśleć i tym samym daje mu czas, aby załatwił podstawową sprawę ze swoją dziewczyną. Wieczorem niespodziewanie do mnie przyjechał z wielkim bukietem róż... znowu płacz, znowu przeprosiny, znowu mówienie jak bardzo tego żałuje. Powiedział że na mnie nie zasługuje i ma nadzieje, że odnajdę tego szczęśliwca. Poinformował mnie że zerwał wczoraj z dziewczyną, zaraz po naszym spotkaniu i nie przyjęła tego dobrze (zresztą nie dziwię się po pięciu latach związku) i że teraz jest u niego więc kazałam mu do niej jechać, bo mi i tak już wszystko powiedział co chciał i ja muszę to teraz "przetrawić" sama.
Wiem, że jego przeprosiny są szczere i że naprawdę tego żałuje ale czy komuś takiemu można zufać? Czuję się paskudnie przez to, że zniszczyłam związek o którym nie miałam pojęcia... absurd
Co myślicie o tej sprawie i jego zachowaniu?