Nie jestem pewien, czy dobry dział, ale w sumie najbardziej mi pasował...
Otóż od jakiegoś czasu nurtują mnie reakcje ludzi (głównie kobiet) na popularne określenie "lizanie się" i podobne, w konteście całowania. Wiele dziewczyn krzywi się, gdy słyszy takie określenie i natychmiast nalega, że "lizać to sobie można lizaka, kobietę się całuje". Osobiście zawsze ciekawiła mnie tak agresywna i obronna reakcja, jak gdyby określenie "lizanie się" ujmowało całowaniu w jakiś sposób i odbierało mu jego magiczny charakter. Osobiście nie jestem największym fanem tego określenia, gdyż wydaje mi się leciuteńko ordynarne i nasuwa nieprzyjemne skojarzenia z grupą najczęściej je stosującą (gimbusy), ale jednak gdyby przyjrzeć się mu neutralnym okiem, to jest (albo może być) dość trafne - szczególnie jeśli jest jechane po francuskiemu.
Ja osobiście najbardziej lubię określenie "buziaczenie", które przyjmowane jest całkiem ciepło i samo się przyjmuje, ludzie zaczynają kopiować ten termin. Buziaczenie może być zwrotne (się), niezwrotne (bez się), tak więc można buziaczyć się z kimś albo buziaczyć z kimś. Można też zabuziaczyć kogoś, z kimś, się z kimś - wszystko zależy od tendencji języka miejscowego i samego mówcy.
Oprócz tego zwykłem mawiać "ciamtolić się", co jest moim zdaniem dość urocze, ale również "zamlasnąć", co jest nieco bardziej odrynarne. Ale nie oszukujmy się - każdy młody chłopak, mężczyzna lubi od czasu do czasu zamlasnąć lachona, uprawiać mlask z lachonem. Albo seks.
No właśnie, seks - skoro wiele bardzo ordynarnych (choć nieraz i przezabawnych) terminów stosowanych jest powszechnie w odniesieniu do czynności seksualnych zarówno przez mężczyzn jak i przez kobiety i nie spotykają się wcale z jakimś przesadnym potępieniem, czemu pojawia się ono, gdy temat przechodzi na całowanie? Będące de facto bardzo ważną czynnością seksualną, zdecydowanie wzbogacającą czas przed stosunkiem, sam stosunek, oraz czas po stosunku. Jak również między stosunkami. Czyżby chodziło o to, że całowanie (szczególnie w oczach kobiet) posiada pewien duchowy, emocjonalny wymiar, którego nie ma sama penetracja i nazywanie słodkiego, cudownego pocałunku "przelizaniem się" zabija jego czar? Całowanie z pewnością zbliża ludzi, ale pełen stosunek również się do tego przyczynia, z całą pewnością nawet intensywniej. Bardzo dużo dziewczyn, które znam jest jednak dużo bardziej skłonnych zaciamtolić się z kimś po pijaku, niż "pójść na całość", szczególnie te, które utrzymują, że "seks to tylko z miłości". A z kolei najbardziej rozpowszechniony mit o prostytutkach mówi, że nie całują one się z klientami, gdyż jest to "zbyt osobiste". Skąd więc taka rozbieżność, rozjazd?
Jedna znajoma, nadal dziewica, mlaszcze się jak zawodowiec i bardzo lubi to robić, jednak mówi, że "nie jest to dla niej specjalnie emocjonalne". Oczywście seksu nie chce uprawiać bez miłości. I w tym momencie jestem totalnie w kropce - skąd dziewczyna może wiedzieć, czy seks będzie dla niej czymś bardziej osobistym, skoro jeszcze nie wie nawet, jak to jest? Moim skromnym zdaniem kwadrans dobrego całowania jest dużo lepszy niż godzina takiego sobie seksu - ale mimo wszystko nie uważam, że całowanie jest aż takim sacrum, aby aplikować do niego nalegającą terminologię. Całowanie, lizanie, buziaczenie, ciamtolenie, mlask - wszystko to jedynie słowa, które opisują jedną i tę samą czynność.
Czy nie przykładamy nadmiernej wagi do semantyki zamiast bardziej starać się odczytywać intencje mówcy? Zapraszam do dyskusji.