Witam. Szukałem jakiegoś forum gdzie mógłbym opisać swój problem i owe wydało mi się najlepsze...
Nigdy nie umiem zaczynać jakiś poważniejszych opowieści więc z góry przepraszam jeżeli w mój post wda się chaos.
Oboje ze swoją dziewczyną mamy 24 lata.
Jesteśmy razem od 5 miesięcy,wszystko jest w jak najlepszym porządku poza problemami z którymi boryka się większość polaków.O naszym związku nie ma zbytnio co pisać ponieważ jest po prostu,dobrze...żeby nie powiedzieć idealnie,bardzo się kochamy. Inaczej wyglądało "dochodzenie" do niego,w wielkim skrócie powiem że była to najprościej rzecz ujmując bardzo poważna przygoda,która w znacznym stopniu umocniła naszą więź,mimo że jest to bardzo istotny punkt w naszym wspólnym życiu jest to opowieść na odrębny temat.
Postaram się teraz dojść do sedna... (wstyd mi o tym pisać nawet tutaj)
Dobra krótka piłka...chodzi o to że ona zdobyła niedawno tytuł magistra a ja mam nie skończoną szkołę średnią...strasznie się stresuje nawet pisząc to tutaj na forum.
Wybaczcie ale muszę się trochę usprawiedliwić z tego faktu...nie jestem kretynem nie odróżniającym kwadratu od prostokąta-piszę to dlatego iż fakt nie posiadania średniego wykształcenia jest aktualnie największym wstydem mojego życia,nigdy nie miałem problemów z nauką samą w sobie(poza matematyką). Szkołę przerwałem z problemów domowych-w tym czasie moja siostra zaszła w ciążę i przez prawie rok mieszkała z rodzicami,dzieckiem,mną i mężem w jednym,małym mieszkaniu.
Moi rodzice nie przywiązywali mi w tamtym czasie zbytniej uwagi,żeby nie powiedzieć żadnej,nie raz zdarzało się że nie miałem gdzie spać i musiałem spać w kuchni na pufie z głową na stole,do tego doszedł później problem alkoholowy mojej matki (aktualnie mniejszy,natomiast ojciec zawsze miał problemy z piciem),krótko mówiąc to był koszmar...nie dawałem z niczym rady i popadłem w depresję,próbując bo przerwanej nauce jednak łapać się jakiejkolwiek pracy.
Lata mijały i przestałem się już tym mocno przejmować,bo mimo braku wykształcenia zarabiałem (lecz nie znajdowałem czasu na szkołę) na swoje potrzeby.
Moje związki od tego czasu to jedna wielka porażka,nie chcę o tym tutaj pisać,było po prostu w kwestii uczuciowej źle... nie liczyłem już że pojawi się w mym życiu ktoś wyjątkowy,spisałem już sam siebie na straty.
Aż pojawiła się ona i wszystko nabrało dla mnie ponownie znaczenia.
Moje kłamstwo padło po raz pierwszy jeszcze za czasów kiedy tylko się kumplowaliśmy-aż dziw że nikt z moich znajomych się nie wygadał przez taki czas ale muszę przyznać że darzą mnie oni jednak pewną dozą "szacunku" za co bardzo im dziękuję.
Nasza relacja coraz bardziej się pogłębiała a mi było coraz ciężej z tym kłamstwem ale nie umiałem siebie tego wydusić,tłumaczyłem to sobie że powiem prawdę w jakimś "idealnym momencie" który jak można się domyślić nigdy nie nadszedł i nie nadejdzie. Mówimy sobie absolutnie wszystko,opowiedziałem jej także jaką miałem sytuację w domu itd. ale tego...no nie mogłem...
Wiem że czas zadziałał na moją niekorzyść,obecnie już naprawdę nie potrafię z tym kłamstwem żyć,mój lęk urósł do potwornych rozmiarów.
Ona strasznie się przejmuje jeżeli coś u mnie jest nie tak,i zawsze chce żebym jej wszystko mówił co mnie trapi,wyobrażam sobie sytuację kiedy przyznaję się do tego kłamstwa a ona zaczyna histerycznie płakać po czym zwyczajnie ucieka... Czy by mnie rzuciła? szczerze nie sądzę ale,sam już nie wiem...
Nie daje mi to już żyć i proszę o porady...
Edit: do tego dochodzi fakt że myśleliśmy o wspólnym wyjeździe...ja także mam w głowie zapisanie się do szkoły eksternistycznej i zrobienie średniego wykształcenia w kilka miesięcy po kryjomu (wiem że to głupie),przy wyjezdzie wszystko wyszło by na jaw.jestem kompletnie zmieszany z tym wszystkim...