Witajcie.
Może nie powinienem o tym pisać na forum ale nie daję sobie rady. Potrzebuję obiektywnego spojrzenia osoby trzeciej, bo wszyscy moi znajomi, a także rodzina, radzą mi abym z moją Ukochaną dał sobie spokój, gdyż ona "nie nadaje się do związku", z kolei jej znajomi twierdzą, że to wszystko moja wina i że nie mam się co o nią starać bo zawaliłem.
Bardzo z kolei wierzy we mnie... moje szkolne zauroczenie sprzed lat a aktualnie dobra koleżanka ![]()
Mam mętlik w głowie...
Z góry ostrzegam, że post jest długi, niemniej proszę o przeczytanie całości przed wydaniem werdyktu...
Miesiąc temu zostawiła mnie moja ex, z którą byłem 5 lat. Przez te 5 lat byłem całkowicie pewien, że to "ta jedyna". Zresztą ona mi powtarzała wielokrotnie, że nią jest, że chce spędzić ze mną resztę życia...
Poznaliśmy się na studiach. Przez pierwsze dwa lata było cudownie, nabrałem przekonania, że to kobieta idealna i z nią chcę być. Pasowaliśmy do siebie perfekcyjnie. Po roku bycia razem ja ciężko zachorowałem (przewlekle), choroba ta bardzo mi dokucza, Ona to widziała i starała mi się pomagać. Po 3 latach bycia razem zamieszkaliśmy wspólnie. Po kilku miesiącach zaczęły się kłótnie - o bałagan - ja jestem strasznym bałaganiarzem (mimo prób zwyczajnie nie panuję nad tym), ona lubi porządek. Okresy tych kłótni były koszmarem, jednak szybko - po 2 dniach lub nawet tego samego dnia - się kończyły i znowu było cudownie.
Po 4 miesiącach mieszkania razem się zaręczyliśmy. Przez następne miesiące zajmowaliśmy się głównie planowaniem ślubu - miejsce, wystrój, muzyka itd...
Pierwszy bardzo poważny zgrzyt nastąpił, gdy w kłótni o jakąś drobnostkę mnie zwyzywała. Absolutnie tego nie akceptuję, więc położyliśmy się spać pokłóceni. Następnego dnia ona miała pewne ważne wydarzenie, na którym chciała abym z nią był (naprawdę ważne i stresujące). Byłem na nią tak zły, że nie poszedłem, mój błąd... Gdy wróciła, rzuciła we mnie pierścionkiem ale udało mi się ją przeprosić i ugłaskać, aby mnie nie zostawiała. Tego samego dnia już byliśmy znowu radosną parą, widziałem w jej oczach szczęście.
W międzyczasie nadal czasami kłóciliśmy się o porządki i inne rzeczy. Ona często robiła rzeczy w trakcie kłótni których nie akceptowałem - wychodziła i znikała gdzieś na cały dzień (albo nawet na noc a ja umierałem ze strachu, po fakcie dowiedziałem się że nocowała u koleżanki). Bywało, że była w trakcie tych kłótni bardzo agresywna, co wcześniej jej się nie zdarzało.
Próbowałem z nią rozmawiać, ale kończyło się to zwykle taką histerią z jej strony, że po X miesięcy się poddałem, uznałem, że kocham ją pomimo jej wad i że je akceptuję. Co gorsza, zacząłem sam się tak zachowywać, kilkukrotnie wychodziłem z mieszkania w trakcie kłótni ale nie umiałem bez niej wytrzymać, już po paru minutach czekałem na sms w stylu "wróć do mnie", zwykle nadchodził i wtedy się łatwiej dogadywaliśmy...
W międzyczasie straciła kontakt z ojcem - psychopatą mającym obsesję kontroli, który obraził się na nią z powodu, iż go nie posłuchała w jakiejś drobnej sprawie (domagał się przeprosin, nie otrzymał ich) i nie odzywał do niej przez 2 lata. Gdy Ona ciężko zachorowała, utrzymywał z nią kontakt przez 2 miesiące ale znowu go zerwał z powodu jakiejś pierdoły. Do dziś nie mają kontaktu.
Pomimo kłótni, było nam razem naprawdę dobrze.
Spędzaliśmy ze sobą 7 dni w tygodniu, praktycznie potraciliśmy kontakt ze wszystkimi znajomymi, jak to określił mój kumpel "byliśmy przyspawani do siebie". Zawsze rozmawiało nam się ze sobą cudownie. Po jakimś czasie Ona zaczęła utrzymywać kontakty ze swoim przyjacielem z dawnych czasów. Przyjaciel ten zachowywał się podejrzanie, jakby mu na czymś zależało (potrafił np. wysyłać smsy w stylu "właśnie myślałem o Tobie"). Wzbudziło to moją silną niechęć do niego, odwzajemnioną z pełną siłą. Powiedziałem Mojej, że nie podoba mi się jego zachowanie, mimo to nie zabraniałem jej kontaktów z nim, byłoby to bez sensu. Ona była świadoma, że się BARDZO nie lubimy z tym jej kolegą.
Kolega ten jak się później okazało, będąc w pozycji przyjaciela, systematycznie podkopywał moją pozycję.
Nasze problemy wzmogły się niecały rok temu. Ja miałem problem z pracą (ciągle oferowano mi tylko praktyki), gdy już ją znalazłem, była w innym mieście. Ukochana wpadła w strasznego doła, płakała. Bała się, że... znajdę sobie kogoś innego w innym mieście (!!!) czy że w zasadzie zostanę poderwany. Ostatecznie zgodziła się ze mną przeprowadzić. Parę tygodni później przyznała, że bała się tak bardzo, że jakaś kobieta mnie poderwie, że chciała mnie zostawić. Nie wiem skąd to przypuszczenie. Podobno kobietom się podobam, ale zawsze byłem wierny! Zawsze jej mówiłem że tylko ją kocham! Było to zresztą prawdą, nigdy bym się za inną nawet nie obejrzał...
Pracę tą straciłem ją po 3 miesiącach gdyż nie byłem w stanie wytrzymać podejścia kierownictwa do młodych pracowników (mobbing aż miło). Ona też w międzyczasie została zwolniona ale szybko pracę znalazła, na szczęście. Ja po tamtej pracy zaliczyłem miesięczne "wakacje" ale robotę w końcu znalazłem. Dochodziło do małych spięć, gdyż nie rozumiała, dlaczego ciągle mam nadgodziny (standard w korpo), była też zazdrosna o koleżankę z pracy, z którą nic mnie nie łączyło.
Problemem stało się też to, że nie umiałem poradzić sobie z pewnymi sprawami, np. imprezującymi sąsiadami - gdy ja próbowałem podejmować interwencje, nie było rezultatu. Gdy ona szła załatwić sprawę, było skuteczniej. Na początku jej się podobało to, że jest taka skuteczna, jednak wkrótce zaczęło ją to męczyć.
W nowym mieście prawie nikogo nie znaliśmy. W pewnym momencie nawiązała kontakt ze swoim byłym, którego całe życie najpierw kochała przez ok. 5 lat, potem nienawidziła (była z nim 2 razy, dwukrotnie ją zostawiał w tym raz w bardzo trudnym dla niej momencie). Facet to typowy psychopata-manipulator, który bawił się jej uczuciami. Z charakteru bardzo podobny do jej ojca. Zarzekała sie, że nigdy nie chciałaby być z kimś takim, że ceni mnie (jestem typem wrażliwego romantyka, takiego gościa co najchętniej by z nią siedział gdzieś na łące i patrzył w gwiazdy).
Po kilku miesiącach facebookowej bajery w pewnym momencie on stwierdził, że zrywa z nią kontakt "bo coś nadal do niej czuje". Miesiąc później nastąpił poważny kryzys, gdyż Ona stwierdziła, że też nadal do niego coś czuje. Nie potrafiła powiedzieć mi, gdy prosiłem aby powiedziała, że mnie kocha. Nastąpił tydzień "przerwy" w naszym związku, istny koszmar, myślałem nad popełnieniem samobójstwa, raz będąc w Złotych Tarasach o mało po prostu nie przeskoczyłem przez barierkę na najwyższym piętrze żeby polecieć w dół, powstrzymałem się w ostatniej chwili. Ciągłe kłótnie i poczucie beznadziei, jednak po tygodniu udało nam się pogodzić. Powiedziała, że jest pewna swoich uczuć i że mnie kocha. Było to w połowie marca.
Później dowiedziałem się, że... spotkała się z nim za moimi plecami. Odbyli długą rozmowę. Przekonała się tym samym, że nic do niego nie czuje i że jestem dla niej jedynym. Myślałem, że już będzie dobrze.
Tuż przed historią z byłym, udało mi się ściągnąć ją do mojej firmy (jedna z najlepszych firm na rynku, Ukochana nie wahała się długo).
Potem zaczął się dla nas bardzo ciężki okres trwający od początku kwietnia do połowy maja. Wynajęliśmy mieszkanie, którego właściciel nas bezczelnie oszukał (jednego z dwóch pokoi nie dało się używać ze względu na odór tam panujący). Co gorsza, okazało się, że nie ma obiecanej ciszy i spokoju, gdyż obok mieszka grupa wiecznie imprezujących Arabów. W pracy mieliśmy ogromną ilość stresu związaną z ogromem pracy (12-14h dziennie), co więcej, jej przełożona źle traktowała moją Ukochaną, co ją bardzo dobijało. Próbowałem ją podtrzymywać na duchu, sugerowałem wspólną wizytę u managera, ale moja Ukochana nie dała rady się przełamać. W międzyczasie bardzo pogorszył się mój stan zdrowia, co poskutkowało wypowiedzeniem umowy przez pracodawcę po 7 miesiącach. Pomimo tego, że dawałem z siebie 110%, nie byłem w stanie spełnić oczekiwań.
W międzyczasie nachodził nas właściciel mieszkania, groził natychmiastową eksmisją, próbował zmuszać do podpisywania różnych świstków. Groził że nas wystawi z pomocą policji. Nikogo nie znałem w nowym mieście, jedynie mieszkał tam mój kuzyn mający kilkutygodniowe dziecko. Były Ukochanej pracuje w policji, więc poprosiłem ją aby to jego ściągnąć na umówione spotkania. Niby relacje między nimi były wyprostowane, ale jednak chyba nie do końca, gdyż miała mi bardzo za złe, że musiała poprosić go o pomoc. Był to jednak wybór racjonalny. W razie awantury z policją byłby nieocenioną pomocą (prawo było po naszej stronie, ale policjanci nie muszą znać prawa cywilnego...).
Popadłem wtedy w depresję (jak się okazało już po zerwaniu, mam niedoczynność tarczycy i stąd stany depresyjne). Przestałem dbać o siebie, potrafiłem tydzień się nie golić, parę razy zdarzyło mi się przyjść w niewyprasowanej koszuli do firmy, spędzałem wieczory na oglądaniu TV czy przeglądaniu głupot w internecie aby tylko zabić wszechogarniający stres.
Okres ten był pełen kłótni. Co gorsza, kłótni w których często występowała agresja.
Na przemian mieliśmy tygodnie gdy gruchaliśmy jak dwa gołąbki i tygodnie w których był istny Czarnobyl. Ciągle byłem zestresowany, nie miałem ochoty na seks. Po drugiej odmowie obraziła się, ja potraktowałem to jak próbę zmuszania mnie do niego, powiedziałem wtedy coś bardzo raniącego (chodziło mi o to, że do seksu potrzebuję nastroju, ale forma w jakiej to powiedziałem była tragiczna i bardzo ją dotknęła). Dotknęło ją także to, że pomyślałem, że chciała mnie zmusić do seksu. Przez kilka tygodni nie była w stanie się przełamać aby ze mną uprawiać seks, udało się to po kilku tygodniach, niemniej sytuację tą bardzo rozpamiętywała i widać było, że ją to boli.
Na majówkę wyjechaliśmy na wymarzoną wycieczkę. Była ona totalnym niewypałem. Nie wziąłem dość ciepłych ubrań i w efekcie pierwszego dnia wyklinałem na czym świat stoi, niemniej ostatecznie udało nam się miło spędzać czas... do czasu. Pokłóciliśmy się o totalną bzdurę (z jej winy) i prawie cały wyjazd straciliśmy na kłótnię...
Po powrocie powiedziała, że dajemy sobie czas do końca sierpnia i jeśli nie uda nam się dogadać - rozejdziemy się. Zgodziłem się na taki okres próbny. Starałem się dbać o nią, chociaż nie zawsze mi wychodziło (np. ciągle były problemy ze sprzątaniem, zapominałem o tym zupełnie pomimo jej próśb). Prawie zupełnie przestaliśmy się kłócić, chociaż nadal zdarzały mi się wieczory przed komputerem dla zabicia stresu. Aby tego unikać, chodziliśmy razem do parków, spacerowaliśmy, chodziliśmy na obiady do różnych lokali...
Było O NIEBO lepiej niż przedtem.
W czerwcu dobiła nas wiadomość, że firma przeprowadza zwolnienia grupowe i ja padłem ich ofiarą, po 7 miesiącach pracy. Zaproponowałem powrót do naszego starego miasta, na początku się opierała ale w końcu się zgodziła. Miałem szukać pracy w obu miastach, namawiała mnie nawet do szukania pracy w innych miastach Polski. Wcześniej aby ze mną być, odrzuciła ofertę pracy w Londynie.
Postanowiłem najpierw poddać się operacji, która przywróciłaby mi szansę na normalne funkcjonowanie. Ukochana przyjęła to bardzo źle, obawiając się, że cały proces się przedłuży i że długo pozostanę bez pracy. Ja miałem nadzieję, że po przeprowadzeniu badań i dokonaniu jej prywatnie, zajmie to, wraz z rehabilitacją, maksymalnie miesiąc.
W długi weekend wyjechała do swojej rodziny w odwiedziny. Codziennie zasypywała mnie smsami iż mnie kocha, rozmawialiśmy przez telefon bardzo czule, kupiła mi koszulę... po powrocie poszła w niedzielę do biura, gdy ją odebrałem pokłóciliśmy się. Po powrocie do domu oddała mi pierścionek i powiedziała, że przemyślała to, że myślała nad tym od 1,5 roku (!), że moje zachowanie od dawna jej przeszkadzało. Powiedziała mi, że od 4 dni była na to zdecydowana. Byłem w szoku, przecież jeszcze przedwczoraj tak mnie zapewniała o swojej miłości... ba! Tydzień wcześniej rozmawialiśmy o ślubie!
Próbowałem z nią rozmawiać. Po wielu rozmowach wyciągnąłem z niej, co jej we mnie przeszkadzało. Chyba podświadomie myślałem, że skoro ja akceptuję jej wady z powodu jej zalet i miłości do niej, to ona też mi pewne rzeczy potrafi wybaczyć i zaakceptować... a jednak nie.
Ukochana zażądała ode mnie całkowitego zerwania kontaktu. Zero smsów, telefonów. Bardzo to przeżyłem.
Gdy spytałem czy mnie kocha, przez chwilę się zastanawiała. W końcu powiedziała "chyba... nie. Na pewno nie. Czuję do Ciebie coś w rodzaju instynktu macierzyńskiego, opiekowałam się tobą bo jesteś nieporadny, ale to nie miłość".
Najbardziej zerwanie doradzał jej... nie cierpiący mnie jej przyjaciel o niejasnych intencjach.
Przez 3 dni byłem w stanie skrajnej rozpaczy. Chciałem się po raz kolejny zabić. Nieopatrznie zwierzyłem się kuzynce Ukochanej, z zastrzeżeniem, aby broń Boże nie mówiła o tym Ukochanej, bo ona odbierze to jako szantaż emocjonalny. Oczywiście kuzynka wypaplała jej od razu, czego efektem był wściekły telefon od Ukochanej.
Po 2 dniach się wyprowadziłem. Dla "pokrzepienia serca" kontaktowałem się z przyjaciółką Ukochanej (a moją dobrą koleżanką) i rozmawialiśmy o tej sprawe. Ukochana po raz kolejny się wściekła, że ją "osaczam", gdy w odpowiedzi poprosiłem żeby mnie nie traktowała jak stalkera, padło: "dałeś mi powody". Powiedziałem, że nie będę jej przecież nachodził, to poniżające, poza tym i tak jej do niczego nie zmuszę.
Przez pierwszy tydzień byłem strzępkiem nerwów, nic nie jadłem.
Postanowiłem nie odzywać się, na zasadzie - jak zatęskni to zmieni zdanie (mimo wszystko mieliśmy mnóstwo dobrych momentów a i byliśmy do siebie bardzo przywiązani), jak nie zatęskni to niczym jej decyzji nie zmienię...
Po 1,5 tygodnia wydawało się, że będzie lepiej. Wróciła nadzieja na jej odzyskanie, bardzo mocno nad sobą pracuję. Byłem u psychologa, badania krwi wykazały, że mam chorą tarczycę i stąd brało się większość nieakceptowanych przez Ukochaną zachowań z mojej strony.
Gdy zostaliśmy pozwani przez właściciela mieszkania które wynajmowaliśmy, ona stwierdziła, że kontaktujemy się tylko w tej sprawie i tylko mailowo.
Parę dni temu weszła na mój profil na Linkedin. Ucieszyłem się
jednak wczoraj usunęła mnie ze znajomych. Znowu dół jak diabli...
Mija miesiąc, Ona ciągle mi się śni. Nie mogę patrzeć na inne kobiety.
Miałem dokładny plan co ze sobą robić. Jak się zmienić aby ją odzyskać. Pracuję nad sobą bardzo intensywnie. Nie potrafię przestać o niej myśleć. Nie umiem się "oderwać"...