Witajcie, postaram się jak najkrócej opisać mój problem. Jestem w związku ok. 4 lata. Na początku oczywiście było kolorowo,, naprawde super z niego człowiek, czuły, miły i niczego mu nie brakuje, ale po roku wspólnego mieszkania zaczęło się wyzywanie mnie podczas nawet mało ważnych kłótni od suk, dziwek, że życzy mi śmierci.. Ogólnie w naszym związku tak jakby to on rządzi, na codzień jest spokojny i naprawde super z niego facet ale podczas kłótni rozwala wszystko, krzyczy, wyzywa jednak nigdy nie podniósł na mnie ręki. Swoją matkę też tak traktuje jak i mnie. Po jakimś czasie wypaliło się we mnie uczucie(sądze że to przez jego zachowanie) i chociaż walcze z tym to nie potrafie jakoś w sobie wskrzesić tego na nowo, nie chce kończyć tego związku ale nie potrafie też tego naprawić. W sprawach uczuciowych z mojej strony naprawde jest kiepsko, seksu to już w ogóle od niego nie potrzebuje, żadnych buziaków itd po prostu nic. On stara się żebyśmy wspólnie to naprawili,ale ja nie potrafie. Ciągle się obwiniam o to że on się stara a ja jestem taka oziębła.. Nie wiem co zrobić z tą całą sytuacją. Co wy w ogóle sądzicie o tej całej sytuacji? Z góry dziękuje za odp.
Podobne tematy
Ty śpisz dziewczyno czy jak? Nie widzisz że masz autorytarnego drania w związku? Uciekaj zanim ci dziecko zrobi, uciekaj póki można. Bo będziesz płakać i władujesz się w patologię.
Też tak mu mówiłam, że nie chcę życ w przyszłości w jakiejś patologii.. Ale ja ciągle jakoś usprawiedliwiam sobie jego zachowanie, bo to naprawde dobry człowiek..
Jeżeli podczas kłótni Twój partner zachowuje się tak jak napisałaś to podzielam zdanie Foxterier. Do tego Twoje uczucie do niego wygasło, więc nie ma sensu tego ciągnąć. Po pewnym czasie możesz się tym męczyć coraz bardziej, a sytuacja wcale się nie polepszy.
Piszę z własnego doświadczenia więc czytaj prosze uważnie. Ten facet powinien iść na terapię. Ty jesli zostaniesz z nim, też będziesz musiała pójśc, bo pozbawi Cię godności, poczucia własnej wartości, kobiecości i zdolności do kochania kogolwiek z sobą samą włącznie. Nie kochasz go już i chyba to wiesz. Trwanie w tym czymś to - wybacz dosadność - dobijanie zdechłego konia. W imię chyba tylko przeszłości i smutku po utraconych marzeniach związanych z nim.
Pozbieraj się do tzw. kupy i utnij to sekatorem, a zdziwisz się jak szybko zaczniesz samodzielnie oddychać. Masz w sobie więcej siły niż Ci się teraz wydaje. Tu naprawdę nie ma już czego roztrząsać. Mysl tylko o sobie. Nie o nim. Wierz mi, że on o Tobie nie myśli. Jesli będzie walczył o CIebie jak odejdziesz, to będzie walczył tylko do momentu, aż uzyska to czego chce. Potem będzie jeszcze gorzej. Gorzej dla Ciebie. Nie sprawdzaj czy mam racje, tylko odejdź na amen w pacierzu.
Powodzenia.
Nie wiem co mnie przy nim trzyma. Zawsze jak się kłócimy i jestem tak traktowana to obiecuje sobie że to już naprawdę koniec, ale jednak jestem z nim do dziś. To zawsze on wyciąga rękę żeby się pogodzić, jest taki miły, czuły, kochany.. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć, dlaczego nie potrafię pozbierać w sobie sił i odejść..
Dlatego, że jeszcze nie dobrnęłaś do ściany. Ale wierz mi, że nie chcesz dowiedzieć się, co pod nia jest... Nikt Cię nie zmusi do odejścia, a na pewno nie my tutaj. Musisz sama tego chcieć. Tylko, ze może lepiej posłuchac kogoś, kto ma to za sobą.
On jest czuły, miły i kochany bo wie, ze to przynosi skutek w postaci tego, że wracasz i wciąż z nim trwasz. To mu daje poczucie siły, która jest dla niego jedyną pożywką. Jesteś jego powietrzem, bo Twoja uległość sprawia, że on oddycha. To zamknięty krąg. I nie ma nic wspólnego z miłością i czułością. To jest ciągła walka. Twoja z nim, Twoja z własnymi wątpliwościami, Twoja ze strachem i poczuciem niższości.
Jesteś szczęśliwa??
Szczerze? To ja od jakiegoś czasu nie jestem w ogóle szczęśliwa.. Ciągle mam mętlik w głowie z jednej strony chcę od niego odejść ale tylko jak się spotkamy jakoś nie potrafię tego zrobić.. Mam poczucie winy że go krzywdzę, że on jest taki dobry a ja taka zimna, zła, że nic do niego nie czuje..
Przez 4 lata miał dośc czasu by wmówić Ci, że nie umiesz dbać o własnego faceta, że jestes zimna i do niczego. A Ty miałas dośc czasu by w to uwierzyć. Ale masz watpliwości, bo znasz siebie jaką byłaś wczesniej, zanim się z nim związałaś i od niego uzalezniłaś emocjonalnie. Chcesz stracić samą siebie? Dla kogo??
Jedyne lekarstwo to zniknąć mu z oczu i więcej się z nim nie spotkać. Zmienić nr tel. Trudne ale do wykonania.
Zrozum, że to co on nazywa miłością jest tylko i wyłącznie manipulacją. Ja tak nie uważam, ja to wiem.
Czasami też wydaje mi się że on mną manipuluje, nieraz pisze mi że płacze przeze mnie, pije przeze mnie i takie inne. Gdyby to wszystko było takie łatwe zakończyłabym to już dziś, bo naprawde źle się już czuję w tym związku.
Nikt za Ciebie nie zdecyduje o tym, co jest dla Ciebie dobre.
Dokładnie, najgorsze jest to że jestem świadoma tego że męczę się w tym związku i to w końcu i tak się rozpadnie, tu nie ma już czego naprawiać. Cóż, postaram się podjąć tą najwłaściwszą decyzję.. A mogłabyś opisać mi jak sytuacja wyglądała u Ciebie?
Pytanie z czego te kłótnie? Nie czasem z Twojej postawy? Bo nic nie czujesz własnie?
Bywają i kłótnie z tego powodu. Ale niezależnie od tego jaki jest powód, kłótnie wyglądają tak samo, padają naprawdę przeróżne słowa w moim kierunku, chociaż ja w ogóle nie reaguje na to agresją, wręcz spokojem..
Martusia wysłałam Ci wiadomośc na email
Bywają i kłótnie z tego powodu. Ale niezależnie od tego jaki jest powód, kłótnie wyglądają tak samo, padają naprawdę przeróżne słowa w moim kierunku, chociaż ja w ogóle nie reaguje na to agresją, wręcz spokojem..
A może to jest jedyny powód, a reszta jest tylko przykrywką? Czyli nie jesteś dla niego taka jaka chciałby byś była?
Spokoj przy kłótni często przekazuje to, że druga strona ma rację. Poczuwasz sie do winy, ze go krzywdzisz dajmy na to.
Dokładnie nie jestem dla niego taka jakby chciał bym była- doskonale to ująłeś, bo często też słyszę te słowa. I również mam poczucie winy że go krzywdzę swoim zachowaniem. Ale są też kłótnie z innych powodów, w ogóle nie związane z tym i wtedy wyzwisk nie brakuje.
thepass, spokój wg. mnie jest raczej emanacją siły... A inwektywy nie mają nigdzie żadnego usprawiedliwienia, szczególnie w nazwijmy ją - miłosci. Rodzą tylko żal i frustrację. Nomen omen najgłośniej ujadają te najmniejsze pieski...
19 2014-07-01 01:12:16 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-07-01 01:12:40)
Zawsze wina lezy po obu stronach, więc jeśli ujada to wiadomo - moze ma problem ze sobą, ale moze jest sfrustrowany zachowaniem kobiety wobec niego i wyładowuje się dopiero w kłótni (bo kiedys musi, jesli w innych momentach jest taki dobry).
A może należałoby najpierw ustalić przyczynę? Czy jego frustracja i ujadanie wynikają z jej postawy czy też może jest na odwrót??
Czasami nawet jeśli coś jest nie po jego myśli to są kłótnie, np. on chce iść na imprezę a ja nie, oczywiście rodzi się z tego kłótnia, a każda jest taka sama jak zwykle z wyzwiskami..
Mi tylko szkoda, że nie wiesz czemu uczucia wyparowały. Bo gdyby to były kłótnie, to bys starała się pomyslec od początku czemu one się nawarstwiły. Byc moze wlasnie z niedopasowania. On czegos chce, chce ze soba widzisz zabrac kobiete, chce z nia czas spedzic, byc moze chce seksu - cokolwiek. A Ty jestes na NIE, odrzucasz go. Ty nic nie chcesz, bo nie nie czujesz i tak w kolko. Az w koncu w srodku wybucha i zyczy Ci nawet smierci. Moze tak byc.
Jest tutaj chyba takie jedno magiczne słowo - szacunek. Mozna się kłócic konstruktywnie, nawet głosno, ale z szacunkiem.
http://www.youtube.com/watch?v=ko1sO1_WhOg
Może o to w tym chodzi właśnie...
Z szacunku to chyba osoby tez powinny sie rozstawac, jesli nie chcą ze sobą być/męczą się ze sobą?
Owszem. Za szacunku dla samych siebie przede wszystkim.
Bardzo to mądre ale trochę utopijne zwykle. To chyba jest kwestia emocjonalnej dojrzałości i świadomości tego, czego tak naprawdę się dla siebie samego chce. Byłoby pięknie móc się rozstać w taki sposób, by nie pogrzebać w błocie tego, co kiedyś było sensem życia.
Jesteś zapewne z cholerykiem. Jeśli tak to słabo. Ja byłem z kobietą cholerykiem która nie miała wiele uczuć i w czasie kłótni jechała po mnie bez żadnych hamulców. Do tego często się obrażała i nie współpracowała. We wspólnych problemach byłem często osamotniony i nie rozumiany. Jej musiało być na wierzchu. Była mistrzynią manipulacji. Zawsze byłem winien. Przepraszałem za wszystko, ona nigdy. Musiałem od niej odejść. Wytrzymałem 4 lata. Jeśli masz podobną sytuację to Ci powiem tak: SPIEPRZAJ od tej osoby jak najszybciej. Ta osoba powinna się udać do psychologa i zacząć panować nad sobą i swoim gniewem. Jeśli nie widzi problemu a na pewno nie! to świadomość jest niska i niczego nie zrozumie. Możesz tą osobę kochać i obdarowywać miłością a i tak będziesz szmatą do podłogi.
Też tak mu mówiłam, że nie chcę życ w przyszłości w jakiejś patologii.. Ale ja ciągle jakoś usprawiedliwiam sobie jego zachowanie, bo to naprawde dobry człowiek..
To przestań go usprawiedliwiać "dobry człowiek zewnątrz , a wewnątrz sku*wiel" .