Dzień dobry wszystkim. Jak widać po nicku jestem facetem. Szukałem tu odpowiedniego miejsca do wpisu, niech będzie, że to właśnie to miejsce. Pisząc to, co zamierzam, chyba nawet nie liczę i nie oczekuję konkretnych porad. Może to forma rozliczenia się ze samym sobą i usystematyzowania pewnych rzeczy.
Panią X. znam od jakiś 3miesiący (to znaczy znam z widzenia). Pracuje w sklepie jako ekspedientka a dodatkowo studiuje. Zawsze uśmiechnięta, pomocna, robiąca na prawdę dobre pierwsze wrażenie i tworząca w okół swojej osoby taką ciepłą atmosferę. Sam nie wiem czemu przyszło mi do głowy, żeby zaproponować Pani X. spotkanie. Z wyrazem zaskoczenia na twarzy zgodziła się i poszliśmy na piwo. Właściwie jej nie znałem, ona nie znała mnie, ale nie pamiętam jak dotąd tak otwartej rozmowy na rozmaite tematy przy pierwszym spotkaniu. Mówiłem jej to, czego jak dotąd nie powiedziałem swoim najbliższym znajomym. Zwyczajnie podoba mi się fizycznie. To w jaki sposób mówi, porusza się i uśmiecha. Spotkaliśmy się po raz drugi. Ponownie wielogodzinna rozmowa, aż do rana. Przy czym odważyłem się ją wtedy pocałować. Doszło prawie do czegoś poważniejszego ale zapanowałem nad tym i postanowiłem, że to ani miejsce ani pora. Zwyczajnie muszę przyznać, że X. jest słodka całą swoją osobą. Nie miała jak dotąd faceta. Czeka na "to coś", chce to poczuć. Ma swoją hierarchie wartości, swoje zdanie i poglądy, lubi ludzi. Nie potrafię tego zrozumieć, ale nie czuje się atrakcyjna. Nie wierzy, że jest w stanie zainteresować sobą faceta. Pod wpływem % otworzyła się jeszcze bardziej. Usłyszałem, że potrzebuje kogoś kto się nią zaopiekuje i wiem, że było to skierowane do mnie. Trafiło mnie to, podziałało na moje męskie ego i potrzebę bycia oparciem dla niej. Przyznałem jej, że zwyczajnie mi się podoba, że jest dla mnie "słodka", a takie kobiety lubię najbardziej, a do tego nie jest rozpieszczona czy jakaś zafiksowana. Jest taka normalna, a dzisiaj to jest już spory atut.
Jak dotąd to wszystko brzmi bardzo ok. No ale...ja kończę studia i zmieniam miejsce zamieszkania. Mam teraz dylematy bo za kilka tygodni już tu mnie nie będzie, a zwyczajnie wziąłem się za jej zdobywanie i podrywanie. Nie chce zrobić jej krzywdy i nie chce, żeby się we mnie zakochała, a z drugiej strony to właśnie tego drugiego chce. Wiem, że to niedojrzałe, spowodowane nagłymi emocjami. Nie idealizuje jej, bo widzę i pewne wady, cechy mniej pozytywne. Prawie jej nie znam, a zaczyna mnie interesować coraz bardziej. Może się mylę, ale to chyba na prawdę dobry człowiek, który nie chce jak sama mówi być nie wiadomo z kim, z kimś kto ma pieniądze, kto jest fizycznie atrakcyjny, chce być dla kogoś najważniejsza. Widzę, że się jej podobam, słyszę komplementy, dąży to tego aby mnie dotknąć, patrzy w oczy. Wiem, że mając więcej czasu pewnie coś by z tego było. Pani X. po cichutku zwraca uwagę na to, że to nie ma sensu ale znów się spotkaliśmy. Nie chce, ale z drugiej strony nie potrafi powiedzieć nie. Tak samo jak ja. Najchętniej spakowałbym ją razem ze swoimi rzeczami i zabrał ze sobą. Nie mogę jej przecież tego zaproponować, mieszkamy kawał drogi do siebie. Ona ma tu swoje życie. Praktycznie się nie znamy, a coś nas ku sobie ciągnie. W przypływie endorfin naszkicowałem jej portret (jeszcze nic tak dobrego nie wyszło z pod mojej ręki). Ołówki to moje hobby, a nawet nie mogę jej tego dać czy pokazać, bo boję się, że spowoduje to jeszcze większe pogłębienie tego wszystkiego. Dostałem zaproszenie na wesele, nie mam partnerki ale nie mogę jej tego zaproponować. To przecież sytuacja bez wyjścia, żadne rozwiązanie nie jest dobre. Chociaż najlepsze z nich, to chyba więcej jej sobą nie niepokoić. Jest taka delikatna, bezbronna, a ja wiedząc o tym nie powinienem tego wykorzystywać