Pytam trochę retorycznie, bo ja już tą granicę postawiłam. Zrobiłam to ostro i stanowczo, ale zostałam do tego niejako zmuszona. Czym? A no nazbierało się trochę niefajnych sytuacji.
Oto kilka z nich:
-moja mama "pożycza" sobie moją córę i idzie z nią do sąsiadów nic mi o tym rzecz jasna nie mówiąc, ja latam jak szalona po okolicy i odchodzę od zmysłów gdzie jest moje dziecko
-moja córka zostawiana na kilka godzin z ciocią zachowuje się tak, że jej nie poznaję - pyskuje, odpowiada półsłówkami, albo wpada w szał z byle powodu, dodam że nigdy nie robi tego na co dzień
- moje dziecko słyszy od babci i cioci teksty - "mamusia jest niedobra", albo "mamusia kłamie" albo "ja bym ci pozwoliła ale mamusia nie pozwala".
- no i oczywiście standardowo - dawanie słodyczy między posiłkami, w pełnej konspiracji, jak mamusia nie widzi z nieodłącznym "tylko nic nie mów mamie"
Coś się we mnie przelało i powiedziałam wprost - nie ma żadnych działań z moimi dziećmi bez konsultacji ze mną lub z mężem, żadnych..Jak się nietrudno domyślić nastąpiła obraza majestatu.
Jestem ciekawa jak to jest w u was? Gdzie stawiacie granice rozpieszczania i ingerencji babć,dziadków i cioć? Na co pozwalacie? I z jaką ich reakcją sie to spotyka?
Moi teściowie maja bardzo zdrowe podejście do wnuków i szanują moje i męża metody, za to mama i siostra...totalna samowolka. Na szczęście nie widujemy się często, bo mieszkamy daleko od siebie