Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ja nie pracuję i utrzymuje mnie partner. No ale różne rzeczy się zdarzają i wtedy - chyba - czułabym się w obowiązku wykonywać przynajmniej większość prac domowych. Chociaż nie, jednak nie. Poszłabym pracować nawet w McD, a obowiązkami dzielilibyśmy się po równo.
Teraz mieszkam z kolegą, wynajmujemy domek. Jeśli ja gotuję coś dla 2 osób, on zmywa. Jako że - jeśli już zachce mi się gotować - często robię wymyślne, skomplikowane potrawy, to wołam go do pomocy przy krojeniu czegoś na przykład. Jeśli nie mam ochoty, każde samo sobie robi coś do jedzenia i samo zmywa. Jeśli ma ochotę na coś, czego ja nie chcę za bardzo robić, a sierotka sama nie umie, to np. przy plackach po węgiersku tarł ziemniaki, bo twardo odmówiłam. 
Oboje jesteśmy bałaganiarzami. Jak któremuś zacznie przeszkadzać syf, to ogłasza sprzątanie - i na zmianę, raz ja kuchnia, on łazienka, raz odwrotnie. Swoje pokoje sprzątamy, jak chcemy. On wynosi śmiecie i odstawia naczynia (tylko jak się już nie mieszczą na suszarce). Ja częściej robię zakupy i czasem pomogę mu przy gotowaniu.
Cały podział przyszedł nam naturalnie. 